Na ogrodzeniu leży kilka kamieni. Przerwa w murze, w której chyba była kiedyś brama, odsłania ni to pole, ni to łąkę: teren zarosły głównie trawą. W oddali widać kępę drzew i krzewów i pojedyncze ocalałe macewy – płyty nagrobne. Ludzie zostawiają kamyki na murze, wielu nie wchodzi. Bo czy wypada wchodzić na cmentarz, gdy nie wiadomo gdzie dokładnie są groby?
Tak wygląda cmentarz żydowski w Tykocinie, na Podlasiu. Choć większość nagrobków zniknęła, to jednak jest ogrodzony, oznaczony na mapach i w informacjach na temat miasta. Jednak w wielu miejscach, gdzie dziś stoi osiedle, kino, stadion albo teatr, przebiega droga albo rozciąga się miejski park, nie ma śladu po żydowskich nekropoliach.
Krzysztof Bielawski z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego od lat zajmuje się dokumentowaniem historii cmentarzy żydowskich oraz procesów ich niszczenia i zanikania. Jego książka Zagłada cmentarzy żydowskich to pierwsza kompleksowa próba ukazania tego zjawiska. W Stanach Zjednoczonych ukazała się jej anglojęzyczna wersja The Destruction of Jewish Cemeteries in Poland.


Wojenna zagłada
1200 – tylu cmentarzy żydowskich doliczono się na obecnych terenach Polski. Z jednej strony liczba nie dziwi, bo przecież Żydzi żyli na ziemiach polskich od początków naszej państwowości. A przed 1939 r. na Wisłą mieszkało ich około trzy i pół miliona, w wielu miastach stanowili ponad 50% ludności.
Tylko jak się rozejrzeć po dzisiejszej Polsce, to gdzie one są? Niestety praktycznie wszystkie spośród 1200 w mniejszym lub większym stopniu uległy dewastacji, a nie mniej niż połowa została zupełnie starta z powierzchni ziemi.
Powszechne jest przekonanie, że cmentarze żydowskie w Niemczech zostały praktycznie zniszczone w latach 30., przede wszystkim w czasie nocy kryształowej (zorganizowany przez władze nazistowskie pogrom Żydów w Niemczech, Austrii i Sudetach, w nocy z 9 na 10 listopada 1938 r.). Z badań Krzysztofa Bielawskiego wynika, że to nieprawda.
– Miejscowe społeczności żydowskie już wcześniej były narażone na różne akty antysemityzmu, ale skierowane one były głównie przeciwko ludziom i ich mieniu. Nawet w czasie nocy kryształowej, gdy masowo palono synagogi, niszczenie cmentarzy żydowskich było sporadyczne. W raporcie SS z Dolnego Śląska jest opis działania bojówek w kilkudziesięciu miejscowościach i są wymienione tylko dwa cmentarze – mówi historyk.
Zagłada cmentarzy żydowskich na szeroką skalę rozpoczęła się podczas drugiej wojny światowej. Ale ich los wyglądał inaczej na terenach należących przed wojną do Niemiec, a inaczej na ziemiach okupowanych.
W 1939 r. utworzono Zrzeszenie Żydów w Niemczech, które przejęło majątek gmin synagogalnych i istniejących wcześniej żydowskich organizacji. Zostało ono zmuszone przez władze niemieckie do stopniowej sprzedaży cmentarzy różnym podmiotom.
Wśród nabywców lub zainteresowanych zakupem były m.in. władze miast i gmin (np. Kłodzko, Lubin, Namysłów, Świdnica), parafie katolickie (Strzelin), właściciele zakładów kamieniarskich (Kamienna Góra, Syców), przedsiębiorcy, osoby fizyczne czy dotychczasowi dozorcy.
– Jednak ten proces się bardzo przeciągał. Wynikało to z różnych formalnych utrudnień, ale również z tego, że przestrzegano ustawy o chowaniu zmarłych, która zabraniała naruszania grobów przez 40 lat od ostatniego pochówku. Pamiętajmy, że na terenie Niemiec istniały obozy pracy przymusowej, w wielu miejscowościach mieszkali jeszcze nieliczni Żydzi, nawet do lat czterdziestych. Trzeba było zapewnić im miejsce pochówku – tłumaczy badacz.
Natomiast cmentarze na terytoriach zajętych po 1939 r. Niemcy niszczyli z bezwzględnością. Do destrukcji dochodziło już podczas bombardowań czy walk w rejonie nekropolii. Później były one też miejscami egzekucji albo poligonami ćwiczebnymi dla wojska.
– Na terenach podbitych władze okupacyjne nie przestrzegały prawa, a cmentarze żydowskie nie miały ochrony. Już od pierwszych tygodni wojny obserwujemy przypadki niszczenia cmentarzy i ich profanacji przez żołnierzy niemieckich, także rozkopywania grobów w poszukiwaniu kosztowności. Z czasem rozwinął się masowy proces destrukcji, głównie z przeznaczeniem kamienia i innych materiałów np. do utwardzania ulic, na krawężniki i materiał budowlany – mówi Krzysztof Bielawski.
Macew używano do brukowania dróg również w niemieckich nazistowskich obozach w Treblince i na Majdanku. W Kazimierzu wybrukowano nimi chodniki do siedziby gestapo w klasztorze Reformatów, a w Izbicy wyłożono ściany miejscowego aresztu. W niektórych miejscowościach (np. w Biłgoraju, Mogielnicy, Wieruszowie, Wyszkowie) z kamieni z nagrobków powstała nawierzchnia podwórek posterunków żandarmerii niemieckiej.
W Sochaczewie w 1940 r. macewy posłużyły jako budulec obiektów wojskowych, m.in. pasa startowego lotniska w pobliskich Bielicach. W Skierniewicach nagrobkami umocniono tamę na rzece, tworząc kąpielisko.
Macewy z Jordanowa i Nowego Targu posłużyły do budowy Szkoły Oficerów Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Rabce, w tym szerokich schodów prowadzących na plac apelowy. Kamienie ułożono epitafiami do góry, a te z czarnego marmuru – w kształcie orła z herbu III Rzeszy.
Często do niszczenia cmentarzy Niemcy wykorzystywali żydowskich robotników przymusowych, jeńców wojennych różnych narodowości oraz miejscową ludność.
– Dla mnie najbardziej drastycznym przykładem jest sprawa zniszczenia dwóch cmentarzy na południu Krakowa. Jeden został założony w 1888 r., drugi w 1932 r. w Woli Duchackiej i w Podgórzu. Właściwie sąsiadowały ze sobą, dzieliła je droga. Na tych cmentarzach Niemcy urządzili obóz pracy przymusowej, a później koncentracyjny w Płaszowie. Więźniowie zostali zmuszeni do zamieszkania na grobach, często swoich krewnych, ale też do niszczenia tych cmentarzy – opowiada badacz z UW.


Szczególne potrzeby gospodarki
Cmentarz żydowski na Bródnie jest użytkowany od 1740 r. Naziści część terenu zniszczyli, ale największa dewastacja miała miejsce w latach 50., kiedy planowano na jego miejscu urządzić park. Bo kolejnym sprawcą zniszczeń stało się powojenne polskie państwo.
Wprowadzone po wojnie przepisy ograniczyły zakres działalności organizacji żydowskich i odebrały im prawo do własności i dziedziczenia mienia przedwojennych gmin. Potem wprowadzono ustawę i kolejne dekrety o mieniu opuszczonym.
Na podstawie tych przepisów w okresie powojennym tylko około 5% cmentarzy było użytkowanych przez organizacje żydowskie. Pozostałe trafiły do skarbu państwa oraz lokalnych prezydiów rad narodowych.
W czasie wojny wymordowano miliony ludzi, potem nastąpiły wielkie migracje. W efekcie Polska miała na swoim terenie liczne cmentarze opuszczone. Nie tylko po wymordowanych Żydach, ale po wysiedlonych Niemcach, Białorusinach i Łemkach. Stanowiły one coraz większe wyzwanie dla władz. A organizacje żydowskie i stowarzyszenia wypędzonych Niemców nie ustawały w protestach.
Dlatego pod koniec lat 50. państwo postanowiło uporządkować cmentarze opuszczone. Według ówczesnej wiedzy polskich władz, było ich około 6 tysięcy, w tym około 400 żydowskich (dzisiaj wiemy, że jest ich trzy razy tyle).
Ale akcja uporządkowania się nie udała, ponieważ po pierwsze, przeznaczane środki finansowe nie były adekwatne do skali potrzeb, a po drugie, lokalne władze nie były specjalnie zainteresowane takimi pracami.
– W końcu wybrano więc inne rozwiązanie, bardziej praktyczne z punktu widzenia lokalnych władz. Ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych przewidywała, że cmentarz można zlikwidować wcześniej niż po 40 latach od ostatniego pochówku, ze względu na przykład na szczególne potrzeby gospodarki narodowej czy obronności państwa. Powołując się na ten zapis polskie władze zaczęły zamykać cmentarze i występować o zgodę na ich likwidację, z przeznaczeniem na inny cel – mówi Krzysztof Bielawski.
Powody bywały kuriozalne, np. w Iwaniskach, w Świętokrzyskiem, uznano, że zarośnięty cmentarz stanowi rozsiewisko chwastów. W Bogorii miała powstać apteka. Argumentowano, że jest niezbędna, bo rozładuje kolejki do apteki w pobliskim mieście powiatowym.
Na miejscu cmentarzy żydowskich powstawały różne obiekty: osiedla mieszkaniowe, budynki, przedszkola, domy kultury. Często również tereny zielone. W Białymstoku istnieje w takim miejscu Park Centralny i Białostocki Teatr Lalek.
W Puławach na cmentarzu ulokowano betoniarnię, która pobierała z jego terenu piasek do produkcji. W Makowie Mazowieckim powstał magazyn zbożowy, w Jaśle – lecznica weterynaryjna, w Kruszwicy – cukrownia, w Łodzi – osiedle mieszkaniowe i ulica, w Nowym Wiśniczu – wytwórnia asfaltu, w Opocznie – baza PKS, w Sandomierzu – internat, we Włocławku – szkoła.
W Lublinie Al. Andersa (w latach 60. była to al. Lenina) została poprowadzona przez centralną część cmentarza żydowskiego. W kolejnej dekadzie nekropolia w Siewierzu znalazła się w pasie drogi ekspresowej Warszawa – Katowice. Podobny los spotkał cmentarze w Chojnicach, Ustroniu oraz w Wiślicy.
– Chyba najbardziej skandaliczną sytuacją była sprawa budowy zajazdu – dziś już nieistniejącego – na cmentarzu w Słubicach. To jeden z pierwszych cmentarzy żydowskich w Polsce, najdawniejsza wzmianka o nim pochodzi z 1399 roku. Tam na przełomie lat 60. i 70. powstał zajazd. Ale na początku lat 90., budynek wydzierżawiono prywatnemu właścicielowi, który urządził w nim agencję towarzyską – opowiada historyk.
Przekształceń na ogół dokonywano bez ekshumacji. Likwidację cmentarzy zlecano np. zakładom gospodarki komunalnej czy państwowym ośrodkom maszynowym. Ale wykorzystywane były do tego celu także tzw. czyny społeczne.

Obora z nagrobków
Dzieła zniszczenia cmentarzy żydowskich dokonywała również miejscowa ludność. W czasie wojny czuła przyzwolenie ze strony okupanta, np. na kradzież nagrobków i plądrowanie grobów. Ślady tego procederu widać do dzisiaj.
– Uderzającym przykładem jest sprawa zniszczenia cmentarza w miejscowości Starowola koło Parysowa. W 2009 r. dowiedziałem się, że stoją tam trzy obory zbudowane z macew i cegieł z muru cmentarza. Na jednym z podwórek znalazłem macewę, która posłużyła jako próg do sławojki. Na cmentarzu zastałem wyrobisko żwirowe z rozrzuconymi kośćmi – opowiada Krzysztof Bielawski.
Kamienie służyły do budowy domów, dróg i budynków gospodarczych, a piasek np. do tynkowania domów. Właściciele zakładów kamieniarskich traktowali macewy jako surowiec, z którego powstawały nagrobki zmarłych różnych wyznań. Cmentarze służyły też za pastwiska i nielegalne śmietniska.
– Pamiętam jak kilkanaście lat temu w gospodarstwie moich znajomych odkryłem tarczę szlifierską wykonaną z macewy, której używa już kolejne pokolenie. Nadal jest to temat trudny, a na nagrobki z cmentarzy żydowskich można się natknąć w wielu miejscach – podkreśla historyk.
Tarczy szlifierskich z macew powstało sporo i w latach 40. i 50. można je było kupić na jarmarkach. Bo piaskowiec świetnie się do tego celu nadawał, a wystarczyło wyciąć z nagrobka koło i zamontować w środku oś z korbą. Z macew wykonywano także małe osełki do kos i noży.
Jednym z największych wyzwań jest wyjaśnienie powodów, dla których ludzie brali udział w niszczeniu cmentarzy. Niemcy niszczyli je z przyczyn ideologicznych. Motywacje Polaków są bardziej złożone.
– Możliwe, że głównym powodem była chęć wykorzystania mienia i surowców. Nawet jeżeli tak, to gdzieś w tle był antysemityzm. Człowiek, który tę macewę przerobił na tarczę szlifierską, nie ukradłby nagrobka z cmentarza katolickiego. Podobnie można charakteryzować zjawisko szabru, które pojawiało się w różnych okresach dziejowych, a dotyczyło grup, które były inne, np. etnicznie, klasowo albo religijnie – mówi Krzysztof Bielawski.
Ludzie nie są jednakowi, a historia nie jest czarno-biała. Byli też tacy, dla których dewastacja cmentarzy żydowskich była trudnym doświadczeniem. Na przykład dla wielu osób, które zostały do tego zmuszone przez Niemców. W swojej książce Krzysztof Bielawski przytacza ich relacje. Przywołuje też przykłady osób, które próbowały interweniować po wojnie, pisząc listy do władz lokalnych, redakcji gazet, rozgłośni radiowych.
– Generalnie w okresie tużpowojennym protesty Polaków były rzadkie. Ludzie musieli odbudować swoje życie. Natomiast było dużo inicjatyw organizacji żydowskich, które jeszcze istniały w Polsce. W latach 1945–1946 działało około 200 komitetów żydowskich, również kongregacji wyznaniowych. Jeśli chodzi o inicjatywy nieżydowskie, to sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w latach 70. i 80. – podkreśla historyk.
W latach 70. ekipa Gierka chciała otworzyć się na świat, między innymi w celu pozyskania kredytów na rozwój gospodarki. Ale dużym problemem były protesty amerykańskich Żydów przeciwko niszczeniu cmentarzy. Powstał więc program dialogu z tymi środowiskami.
W rezultacie w 1976 r. polskie władze oficjalnie zadeklarowały, że należy zachować cmentarze żydowskie w Polsce. To był pierwszy ważny krok, ponieważ w pewnym stopniu powstrzymał niszczenie kolejnych nekropolii. Później w latach 80. wykonano prace porządkowe na blisko stu cmentarzach, co miało związek z 40. rocznicą wybuchu powstania w getcie warszawskim.


Gdy cmentarz znika z powierzchni ziemi
Lata 90. przyniosły reaktywację gmin wyznaniowych żydowskich. Polskie państwo uznało ich prawo do przedwojennego majątku, czyli np. synagog, mykw, cmentarzy. Przepisy zapewniły lepszą ochronę tych ostatnich. Mimo to nadal zdarzają się przypadki, gdy władze lokalne i prywatni właściciele próbują na cmentarzach budować np. drogi (ostatnio w Zamościu i Jaśle), centra handlowe (Biłgoraj, Płońsk) lub wykorzystują je do różnych celów. W Wiżajnach jeszcze niedawno na cmentarzu odbywały się festyny, a w Nowej Słupi – dożynki połączone z katolicką mszą i degustacją potraw z wieprzowiny.
Przedmioty pochodzące z cmentarzy żydowskich pojawiają się w obrocie handlowym, traktowane jako przedmioty kolekcjonerskie i elementy zdobnicze, np. grawerowane tabliczki czy kłódki wkładane niegdyś do grobów.
Nadzieję daje jednak rosnąca oddolna aktywność społeczników. Dbają o cmentarze w swoich miastach i wsiach, szanując miejsca pochówku i lokalne dziedzictwo. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego rozpoczęło program znakowania cmentarzy żydowskich w Polsce. Do tej pory na kilkudziesięciu z nich umieszczono głazy czy pomniki z tablicami.
– Gdy ktoś niszczy cmentarz, to przede wszystkim tracimy szczątki czyichś przodków. Trzeba o tym pamiętać. Ale to są też bardzo często obiekty o wybitnych walorach zabytkowych i architektonicznych. Część z tych cmentarzy ma rodowód nawet średniowieczny. Na cmentarzu w Szczebrzeszynie, który w latach 60. był wytypowany do likwidacji, jest nagrobek z 1545 roku. To są także miejsca związane z martyrologią. I stanowią bezcenne źródło wiedzy, choćby genealogicznej – podkreśla Krzysztof Bielawski.

