Historia starożytnego Rzymu opowiadana jest zazwyczaj jako dzieje elit – cesarzy i wielkich dowódców. Równie ciekawe jest jednak to, jak wyglądało życie codzienne zwyczajnej ludności, szczególnie jeśli chodzi o kwestie podatkowe. Okazuje się, że w starożytnym Rzymie zdarzały się oszustwa na tym polu, a mimo to zwykli mieszkańcy mogli liczyć na to, że ktoś wpływowy stanie po ich stronie.
W jaki sposób historie te przetrwały do naszych czasów? W okresie cesarstwa rzymskiego powszechnym elementem krajobrazu były inskrypcje wyryte w kamieniu. Umieszczenie tekstu na kamieniu wzmacniało formę przekazu i podkreślało majestat władzy cesarskiej lub działających z jej polecenia urzędników państwowych.
Takie inskrypcje pozwalają dziś badaczom odtwarzać nie tylko treść dawnych zarządzeń, ale też sposób, w jaki je przygotowywano i rozpowszechniano. Jednym z naukowców zajmujących się tym zagadnieniem jest dr Paweł Nowakowski z Wydziału Historii UW.
W ramach finansowanego przez Europejską Radę ds. Badań Naukowych projektu „STONE-MASTERS” bada pracę starożytnych kamieniarzy i rozwój kultur epigraficznych w późnym antyku. Jego najnowsze odkrycie uzupełnia dotychczasową wiedzę o funkcjonowaniu administracji późnego cesarstwa rzymskiego.

Tajemnice kamiennych napisów
Epigrafika, czyli nauka zajmująca się dawnymi inskrypcjami, wymaga żmudnego odczytywania i analizowania napisów zachowanych na kamieniu oraz innych materiałach.
W 2024 roku w zachodniej Turcji archeolodzy odnaleźli nowe fragmenty inskrypcji. Na początku sądzono, że to po prostu wierszowany tekst na nagrobku lokalnego dostojnika. Jednak dr Paweł Nowakowski i prof. Mustafa Adak (Uniwersytet Akdeniz w Antalyi) rozpoznali w nim coś znacznie ciekawszego.
– Dostaliśmy propozycję, żeby zbadać kilka nowych fragmentów tekstu, który został odnaleziony w 2024 roku przez zespół prof. Bilala Söğüta. Zaczęliśmy czytać ten tekst. Przyszedł do nas jako nowe fragmenty inskrypcji wierszowanej. Wspólnie z profesorem Mustafą Adakiem, który jest epigrafikiem w tej misji, zaczęliśmy pracę z sugestią, że to może być wiersz upamiętniający kogoś zmarłego, jakiegoś lokalnego dostojnika czy urzędnika. Ale już po krótkiej lekturze okazało się, że to jest zupełnie inny tekst – mówi dr Nowakowski.
Badacze dokładnie analizują zdjęcia wyrytych w kamieniu inskrypcji i odczytują poszczególne litery. Następnie wprowadzają odczytane frazy do specjalistycznych cyfrowych baz danych. Dzięki temu mogą odnaleźć powiązania ze znanymi już nauce dokumentami. Jeśli to nie działa, muszą liczyć na własną erudycję.
– Większość tego tekstu była już wcześniej znana dzięki kilku kopiom, które zachowały się zarówno w Stratonikei, skąd pochodzą nasze nowe fragmenty, jak i w dwóch innych miastach: Mylasie i Keramos – wyjaśnia naukowiec.
Badacze dopasowali nowe fragmenty ze Stratonikei do tekstów odnajdywanych i analizowanych od XVIII wieku w innych miastach. Rozpoznali je jako brakujące części decyzji prawnej wydanej w 480 roku przez prefekta pretorium Wschodu (formalnie wspólnie z dwoma innymi prefektami).

Afera podatkowa
Kolejne etapy badań dostarczyły nowych informacji o antycznej aferze podatkowej.Nowe fragmenty uzupełniają bowiem tekst dokumentujący nadużycia podatkowe w dobrach Placidii, córki cesarza Walentyniana III.
– Tekst przyciągał uwagę badaczy już od XVIII wieku (od pierwszej publikacji przez Richarda Pococke’a). Okazał się bardzo interesujący dla poznania tego, jak zarządzane było cesarstwo rzymskie w późnym antyku, szczególnie w kwestiach finansowych, jak zarządzano majątkiem cesarskim, majątkiem wydzielonym dla członków rodziny cesarskiej i administracją prowincji. Dotyczył nadużyć podatkowych w zachodniej Azji Mniejszej. Jak się okazało, wyznaczeni do pobierania podatków urzędnicy dopuszczali się tam bardzo złej praktyki, to znaczy wystawiali zaświadczenia o uiszczeniu należności podatkowych (w pieniądzu i w naturze) bez wskazania kwoty czy jednostki podatkowej, która została uiszczona. W praktyce najpewniej inne, niższe kwoty wykazywali w dokumentach przekazywanych do Konstantynopola, a dużo więcej pieniędzy pobierali od lokalnej ludności. Różnica trafiała do ich kieszeni – opowiada badacz.

Długotrwały proceder
Pierwsze skargi w tej sprawie trafiły do rzymskich władz centralnych już około 465 roku, czyli piętnaście lat wcześniej i ówczesny prefekt pretorium podjął interwencję. Jego polecenia zostały jednak najwidoczniej zignorowane przez nieuczciwych urzędników. Dlatego w 480 roku prefekt pretorium Wschodu, Flavius Illus Pusaeus Dionysius, zdecydował się na najsurowszą karę.
Skierował na miejsce specjalnego wysłannika, któremu zagroził utratą majątku, jeśli nie rozwiąże problemu w ciągu czterech miesięcy, a samym oszustom zagroził karą śmierci. Tak wysoka kara, jeśli chodzi o prawo podatkowe, była rzadkością. Wiemy, że między IV a VI w. cesarze i ich urzędnicy wydali co najmniej 11 innych dokumentów nakazujących poprawne wystawianie zaświadczeń podatkowych, co pokazuje, że nadużycia przy dokumentowaniu należności podatkowych były powszechne. Żaden z nich, poza naszym, nie wskazuje jednak na karę śmierci. Zwykle są to wysokie kary finansowe. Dopiero Justynian dopuści tortury lub amputację ręki, ale nie posunie się do zabijania za podatki.
– Myślę, że można to interpretować w taki sposób, że nie tyle chodzi o samą wagę przewinienia, ale też kwestię sprzeciwienia się woli cesarskiej i dopuszczenie się w pewnym sensie buntu czy obrazy majestatu cesarskiego. Z tego powodu mamy tak surową karę jak kara śmierci dla osób, które praktykowały podobną działalność w majątku rodziny cesarskiej. Być może była też narzędziem retorycznym mającym podkreślić wagę sprawy – rzymska praktyka prawna zna przypadki praw i kar, które nigdy nie były egzekwowane, a tylko podkreślały intencję prawodawcy. Do tego jest też kara trzech funtów złota dla namiestników i urzędników określanych obrońcami miast, jeśli dalej będą przymykać oko na ten proceder. Jednym z ciekawszych elementów tego dokumentu jest to, że znamy naszego prefekta pretorium i możliwe, że nie dożył on rozstrzygnięcia tej kwestii przez swojego przedstawiciela. Wiemy, że dokument został wydany 1 sierpnia 480 roku z terminem rozwiązania sprawy 1 grudnia 480 r., a w tym samym roku tenże prefekt został skazany na śmierć za spiskowanie przeciwko cesarzowi Zenonowi – komentuje badacz. – Możemy jednak wnioskować, że sam wysłannik dotarł na miejsce i wykonał polecone mu zadanie – inaczej nie mielibyśmy inskrypcji z publikacją postanowienia prefekta – dodaje.

Żmudna praca kamieniarzy
Badania rzucają też światło na pracę rzemieślników. Okazuje się, że kamieniarze nie byli bezrefleksyjnymi kopistami. Wywierali oni wpływ na ostateczny tekst inskrypcji. Różnice w zachowanych kopiach dowodzą, że niekiedy zmieniali kolejność słów i modyfikowali zdania.
– Przy okazji, dzięki temu tekstowi, mamy też wgląd w samą metodę publikowania tego typu dokumentów z urzędu prefekta pretorium. To znaczy widzimy, że niektóre miejsca w naszym tekście w nowych fragmentach różnią się od tych, które powinny być identyczne z fragmentami z Mylasy, co oznacza, że była jakaś lokalna dowolność. Kamieniarz wykuwający napis czy osoby przygotowujące minutę, kopię na papirusie czy pergaminie używaną później do wykonywania napisu na kamieniu, mogli odrobinę zmieniać kolejność słów czy w niektórych przypadkach wymieniać całe fragmenty zdań. To też pokazuje, że tekst prawny nie funkcjonował jako litera prawa, tak jak dzisiaj, że musi być niezmienny. Jak publikujemy dokument, na przykład ustawę sejmową, to zawsze musi mieć ten sam tekst, nie możemy sobie dowolnie zmieniać jego fragmentów. Także to była ciekawa konkluzja – opowiada dr Nowakowski.
Starożytni rzemieślnicy byli znakomitymi fachowcami. Na samym dole greckiej inskrypcji z niezwykłą precyzją odwzorowali formułę datującą zapisaną pismem odręcznym po łacinie, tworząc niemal wykute w kamieniu faksymile, czyli wierną kopię oryginału. Co równie ciekawe, zasadnicza część inskrypcji jest wykonana pismem monumentalnym, którego kształt różni się w każdym z miast. Nie było zatem jednego wzoru liternictwa do publikowania podobnych aktów prawnych, a decyzje o ich ekspozycji i formie wizualnej podejmowano zupełnie lokalnie, na podstawie przyzwyczajeń i tradycji miejscowych rzemieślników.

Dalsze podróże kamiennych napisów
Bezcenne kamienie z inskrypcjami traktowano różnie – nie zawsze z należnym im poszanowaniem. Pozostałości antycznych zabytków można dziś znaleźć w kuriozalnych miejscach.
Jedną z inskrypcji znaleziono… wmurowaną w słupek przy stacji benzynowej w Turcji. Właściciel uznał stary kamienny ołtarz nagrobny za świetną ozdobę dystrybutora paliwa. Na kamieniu znajdowało się antyczne epitafium z cytatem z Odysei.
– Czasem zdarza się, że niestety tekst, który był już znany, pojawia się jako nowy, ponieważ zaginął na jakiś czas, a później na nowo odkryto konkretny kamień. Odkryte kamienie zwykle zostają na miejscu. Szczególnie w XIX wieku podróżnicy, którzy dokonywali ich dokumentacji, nie mogli ich zabrać ze sobą, więc różne były losy tych kamieni. Często wykorzystywano je do budowy nowych budynków, zdobienia posiadłości czy nawet zwykłych domów. Ostatnio pracowałem z koleżanką z Turcji nad kamieniem, który został wykorzystany do ozdobienia stacji benzynowej. Był na stanowisku archeologicznym, ale właściciel stacji stwierdził, że potrzebuje jakiejś ozdoby. Wzięli furgonetkę, podjechali z kolegą, przywieźli i w tej chwili zdobi miejsce ich przedsiębiorstwa – mówi badacz.

