Mężczyzna z Rzeszowa miał wielkie szczęście. Wymierzono mu karę tysiąca razów, rozłożoną „na raty”. A szczęście miał dlatego, że sąd uprzednio skazał go na… karę śmierci, a skończyło się tylko na chłoście. W XVIII-wiecznej Polsce groziła ona nie tylko za gwałt, jak w tym przypadku, ale za niemal wszystkie czyny o charakterze seksualnym.
Na terenach województwa ruskiego, jednego z większych w dawnej Rzeczpospolitej, ze stolicą we Lwowie, obowiązywał system prawny, który przewidywał bardzo surowe kary za zachowania uważane za niemoralne. Dotyczyło to również ziemi sanockiej i przemyskiej. I to właśnie temu regionowi poświęcony jest projekt badawczy prowadzony na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego przez mgr Klaudię Rogowską.
Projekt Przestępstwa seksualne zagrożone karą śmierci na terenach województwa ruskiego w XVIII wieku obejmuje analizę przypadków opisanych w księgach sądowych – naukowczyni przebadała wszystkie zachowane księgi miejskie i wiejskie z terenów ziemi przemyskiej i sanockiej. Badania mają charakter nowatorski, bo analizie poddany został nie tylko rodzaj wymierzanych kar, ale i ich przyczyna. Dzięki temu, projekt daje fascynujący wgląd w życie społeczeństwa, w którym spowiadać się trzeba było nie tylko księdzu, a państwo strzegło moralności, wymierzając kary i świeckie, i kościelne.

Nie wszystko kończyło się pod toporem
– Pojęcie „przestępczość seksualna” pojawiające się w tytule projektu jest oczywiście współczesne. W istocie chodzi o przestępstwa przeciwko moralności, dobrym obyczajom i sakramentowi małżeństwa – wyjaśnia Klaudia Rogowska.
Należały do nich m.in. gwałt, kazirodztwo, bigamia i nierząd. Piętnowano także cudzołóstwo, czyli kontakty seksualne między osobami, spośród których przynajmniej jedna była w związku małżeńskim. Za przestępstwo uznawano też uczynki cielesne, czyli relacje intymne osób stanu wolnego. Co ciekawe, często postępowanie w takiej sprawie kończyło się nakazaniem winnym zawarcia małżeństwa.
– Katalog przestępstw zamyka sodomia, która w tamtej epoce miała wiele znaczeń. Mianem tym określano wszelkie stosunki uniemożliwiające poczęcie, czyli homoseksualizm, seks oralny lub analny, a także zoofilię. Na terenach Rzeczypospolitej większość przypadków sodomii to była właśnie zoofilia, nazywana także bestialstwem – mówi kierowniczka projektu.
Zgodnie z prawem obowiązującym w dawnym województwie ruskim, przestępstwa seksualne były karane śmiercią. Wyjątkiem były uczynki cielesne, do których podchodzono łagodniej.
– W najbardziej drastycznych przypadkach, na przykład gdy dochodziło do tzw. zbiegu przestępstw, sąd mógł orzec najwyższy wymiar kary. W Rzeszowie, na początku XVIII wieku, przed sądem stanęła kobieta ze wsi Malawy. Kochanek otruł jej męża, więc sprawa dotyczyła zarówno cudzołóstwa, jak i zabójstwa. Oboje zostali skazani na ścięcie, a wyrok wykonano – opowiada mgr Rogowska.
Innym przestępstwem karanym „głową” było dzieciobójstwo. Z przestępstwami seksualnymi łączyło je to, że najczęstsze przypadki procesów dotyczyły ciąż, powstałych w wyniku albo cudzołóstwa, albo uczynków cielesnych.Kobiety dopuszczały się tzw. spędzenia płodu, czyli współcześnie mówiąc aborcji, albo zabijały nowo narodzone dziecko. I jedno, i drugie było zagrożone karą śmierci.
Kara śmierci nie była więc jedynie straszakiem, naprawdę się jej obawiano. Na ogół jednak zapadały wyroki łagodniejsze. Zasądzano np. kary pieniężne na rzecz sądu, starosty, wójta lub właściciela wsi, czyli tzw. grzywny. Grzywna wynosiła 48 groszy. Dla przykładu funt świec we Lwowie kosztował średnio 60–90 groszy.
Ale najczęściej stosowaną karą, nie tylko za przestępstwa o charakterze seksualnym, była chłosta. Wykonywano ją za pomocą rozmaitych narzędzi, takich jak rózga, rzemień, bicz lub bat, czasem kańczug lub kij.
Co ważne, najczęściej chłostano w miejscu publicznym, pod ratuszem lub w centralnej części wsi. W niektórych miastach polskich zachowały się jeszcze pręgierze, do których poddani tej karze byli przykuwani.
– Stawiano przede wszystkim na kary publiczne: miały one upokarzać skazanego, ale też odstraszać innych. W źródłach chłostę określano mianem „plag”. Liczba uderzeń zależała od surowości sądu i rodzaju popełnionego przestępstwa, ale zakładano, że skazaniec ma tę karę przeżyć. W przypadku kobiet w ciąży jej wykonanie odkładano nie tylko do czasu porodu, lecz także do zakończenia połogu. Dopiero po sześciu lub siedmiu tygodniach kobieta mogła stanąć pod pręgierzem. Nie oznaczało to jednak uniknięcia kary, lecz jedynie jej odroczenie – podkreśla Klaudia Rogowska.
Tak pewnie było w sprawie ze wsi Czukwi w obwodzie lwowskim, dotyczącej młynarza Józefa Sławeckiego, który pozostawał w kazirodczym związku ze swoją kuzynką.
Oboje mieli odebrać po 100 batów i odbyć pokutę kościelną. Józef musiał dodatkowo zapłacić 20 grzywien władzom. Z ich związku narodziło się dziecko, którym oskarżony miał się opiekować, a jego matce miał podarować krowę i określoną przez sąd ilość zboża.
Najwięcej spraw, które się pojawiały zarówno w mieście, jak i na wsi, dotyczyło jednak cudzołóstwa i uczynków cielesnych.
Parobek Kazimierz Kielar ze wsi Klimkówka został oskarżony o współżycie z żoną gospodarza, u którego pracował, Zofią Lachowską. Sprawę pogarszał fakt, że para była ze sobą spokrewniona. Kazimierz i Zofia zostali skazani na chłostę i pokutę kościelną. Ale mężczyzna został dotkliwiej ukarany: musiał natychmiast opuścić dom Lachowskich i zapłacić 7 grzywien na rzecz dworu i 4 grzywny na rzecz sądu.
Sytuacja o tyle nietypowa, że według prawa, to kobieta była bardziej winna, ponieważ była zamężna, a karą dla takiej osoby bywało nawet wypędzenie z miasta czy wsi. Co ciekawe, wyrok potem złagodzono i rozłożono ciężar kary między oboje oskarżonych.

Spowiedź powszechna
– Chłosta zwykle była karą publiczną, lecz zdarzało się, że wymierzano ją dyskretnie, np. w piwnicach ratusza. Zachował się zapis o takim przypadku z Głogowa Małopolskiego, gdzie chłostę młodej dziewczynie wymierzał ojciec – za to, że była nierządnicą. Musiał ukarać ją sam, bo jej nie dopilnował, a to na mężczyźnie ciążył obowiązek dozoru moralnego nad resztą rodziny. Wszyscy musieli się nawzajem pilnować – mówi Klaudia Rogowska.
W stwierdzeniu tym nie ma grama przesady. Sąd mógł łatwo zmienić świadków w oskarżonych, każąc ich za niezgłoszenie zakazanego związku lub jego ignorowanie.
W jaki sposób prawda wychodziła na jaw? Można było zostać oczywiście przyłapanym na gorącym uczynku i trafić przed sąd. Ale była jeszcze inna możliwość…
– „Donos najwyższą formą dojrzałości obywatelskiej”. Ktoś, kto był świadkiem wątpliwie moralnej sytuacji donosił o tym specjalnemu urzędnikowi w mieście, którym był instygator sądowy. Na jego wniosek wszczynano postępowanie – opowiada historyczka.
Na wsi wyglądało to jeszcze ciekawiej. O ile w mieście działał instygator, to na wsi istniała funkcja rugownika oraz tzw. sądy rugowe (nazwę wzięły z języka niemieckiego; Die Rüge oznacza upomnienie, kontrolę, dochodzenie).
Sąd rugowy zbierał się w okresie najważniejszych świąt, przed Bożym Narodzeniem lub w Wielkim Poście. Cała wieś schodziła się w jedno miejsce, np. we dworze właściciela wsi albo klucza dóbr.
– Sąd rugowy obradował w obecności dziedzica. Wszyscy mieszkańcy wsi musieli wtedy niejako spowiadać się ze złych uczynków popełnionych w ciągu minionego półrocza. Jeżeli ktoś wiedział, że inna osoba dopuściła się przestępstwa, również powinien był zgłosić to rugownikowi. W przeciwnym razie sam mógł ponieść karę – podkreśla badaczka.

Prawo miecza
Zarówno w mieście, jak i na wsi obowiązywały te same rodzaje kar. Choć regułą było, że sprawy cięższego kalibru odsyłano do miasta.
Na wsi nie było jednak możliwe wykonanie kary śmierci. Można to było zrobić wyłącznie w mieście, które posiadało tzw. prawo miecza – uprawnienie do orzekania i wykonywania najwyższego wymiaru kary, włącznie z karą śmierci. W praktyce oznaczało to, że utrzymywało własnego kata i więzienie, a także przeprowadzało procesy zakończone ścięciem, powieszeniem lub innym sposobem wykonania kary śmierci.
– Przypadki sodomii i zoofilii bardzo często były odsyłane do miasta, nawet jeżeli oskarżonymi byli chłopi. Na terenach, które badam wszystkie takie sprawy pochodziły ze wsi. Jedna bardzo poważna, została odesłana do miasta, natomiast w dwóch przypadkach chłopców sądzono na wsi. Uznano po prostu, że warto im dać drugą szansę. Nie zawsze za sodomię karano śmiercią i spaleniem zwłok – mówi historyczka.
Kazirodztwo sądzono zarówno na wsi, jak i w mieście. Jeżeli dotyczyło osób o dalekim stopniu pokrewieństwa rozwiązywano sprawę na miejscu.
– Natomiast do miasta odsyłano sprawy ze wsi, w których o kazirodztwo podejrzane były osoby blisko spokrewnione: ojciec i córka, albo ojczym i pasierbica. Mamy przypadek z Żywca, w sąsiednim województwie krakowskim, gdzie skazano na karę śmierci pasierbicę i ojczyma, bo z tego związku urodziło się dziecko – opowiada Klaudia Rogowska.
W mieście skupiano się przede wszystkim na piętnowaniu cudzołóstwa, uczynki cielesne traktowano pobłażliwiej. Natomiast spraw dotyczących nagannych uczynków pojawiało się więcej przed sądami wiejskimi.
A co z więzieniem? Tu też wieś różni się od miasta. Przede wszystkim tym, że więzienia nie posiada. Natomiast zwykle ma i wykorzystuje areszt.
– Areszt był zarządzany na czas trwania procesu, żeby osoba oskarżona nie uciekła. Oczywiście były też kary więzienia, natomiast orzekano je niezwykle rzadko, w przypadku najpoważniejszych przewinień – mówi kierowniczka projektu.
Do sprawy podchodzono pragmatycznie – utrzymanie więźnia było drogie. Łatwiej było ukarać i wypuścić. Dziedzicowi nie opłacało się zamykać kogoś na kilka miesięcy czy lat i tracić pracownika. Dlatego to właściciel wsi miał decydujący głos w sprawie wysokości wyroku.
Podobnie rzecz się miała z orzekaniem kary śmierci. Jej wykonanie wiązało się nie tylko z dotkliwą utratą poddanego, ale i ze znacznymi obciążeniami finansowymi – trzeba było opłacić kata, pokryć koszty aresztu. Chłosta w takiej sytuacji wydaje się rozsądniejszym rozwiązaniem.

Strażnicy moralności
Przestępstwo było nie tylko naruszeniem norm moralnych, ale obrażeniem Boga. Na przykład za sodomię już od średniowiecza, zgodnie z nauką Kościoła, trafiało się prosto do piekła.
– Państwo świeckie pełniło rolę strażnika moralności i pozostawało z Kościołem w ścisłej symbiozie. Kościół wspierał władzę świecką, przekonując wiernych, że powinni być jej posłuszni. Z kolei władza świecka wspierała Kościół w egzekwowaniu zasad moralnych. Za występki przeciwko moralności można było ponieść zarówno karę świecką, jak i kościelną, przy czym oba rodzaje kar orzekała władza świecka – mówi mgr Rogowska.
Za grzech pokutowało się dwojako: fizycznie, najczęściej leżąc krzyżem lub klęcząc, przez wiele godzin podczas nabożeństw, w miejscu widocznym dla wszystkich w świątyni. Ta kara miała charakter głęboko upokarzający, nawet bardziej niż chłosta.
Druga forma przynosiła instytucjom kościelnym spore profity. Skazani mieli obowiązek świadczenia usług materialnych na rzecz danej parafii: zapłacenia grzywny albo częściej – złożenia daniny w postaci określonej ilości wosku lub świec. A wosk tani nie był.
Ciekawe jest to, że raz odbyta pokuta kościelna zamazywała grzech. Nie można było wypominać komuś przestępstwa, za które odpokutował, ponieważ samemu można było zostać ukaranym.
Wymiar sprawiedliwości tworzyły nie tylko sądy świeckie czy parafialne. Własne sądownictwo prowadziły również wsie należące do Kościoła i klasztorów.
– Oczywiście istniały również wsie należące do Kościoła. Zachowała się między innymi księga sądowa zawierająca protokoły sądu benedyktynek jarosławskich. Znalazłam w niej sprawę dotyczącą zdrady małżeńskiej. To niezwykły proces, ponieważ cudzołóstwa nie udało się w nim wprost udowodnić. Oskarżonych nie przyłapano na gorącym uczynku, nie było świadków ani ciąży. Żonaty mężczyzna, Krzysztof, często odwiedzał Mariannę w jej domu, pomagał jej w gospodarstwie i wysyłał do niej listy. Mimo braku bezpośrednich dowodów oboje zostali ukarani chłostą. Nie pomogło nawet to, że kobieta była wdową – opowiada badaczka.

Ludzie z krwi i kości
Analizując historyczne relacje czasem zapominamy, że ich bohaterami są ludzie z krwi i kości. W tym przypadku zarówno sądzeni, jak i sądzący. Jeśli sędzia był człowiekiem surowym i bogobojnym, to jego światopogląd nieuchronnie rzutował na wyrok.
– Konstrukcja relacji w księdze sądowej różni się w mieście i na wsi. Na wsi dominuje suchy zapis: data, skład sędziowski, oskarżony, świadkowie, przestępstwo i kara. Natomiast w mieście są kilkunastostronicowe opisy procesów, a w nich często szczegółowe opisy zeznań – opowiada Klaudia Rogowska.
W relacjach z procesów emocje buzują. Ludzie próbują się tłumaczyć, zrzucić winę na współoskarżonych. Trafiają się reakcje na stosowanie tortur (wtedy legalnych): przyznanie się do wszystkiego albo przeciwnie – trwanie przy swojej wersji wydarzeń. Zdarzają się historie wstrząsające.
– Oskarżona przyznała, że zabiła dziecko swojej własnej córki, będące owocem zakazanego związku. Córka była w szoku, stała w miejscu jak kamień, nie była w stanie zareagować. Kobieta zabiła dziecko i przed sądem przyznała, że zrobiła to, żeby córka nie cierpiała głodu, bo wiedziała, że zostanie z tym dzieckiem sama – opowiada Klaudia Rogowska.
Mimo surowości ówczesnego prawa sądy uwzględniały różnego rodzaju okoliczności łagodzące, takie jak wiek sprawcy, choroba, niedojrzałość emocjonalna, sytuacja materialna czy solenna obietnica poprawy.
Istniała też instytucja wstawiennictwa szanowanych osób: za oskarżonym mógł się ująć np. proboszcz, urzędnik, a nawet właściciel miasta lub wsi.

Nowa władza
Wiek XVIII jest szczególnie interesujący ze względu na zmiany zachodzące w prawie, które wynikały z włączenia w 1772 roku województwa ruskiego do zaboru austriackiego.
– Nie można już było wykonywać kary śmierci bez konsultacji z Wiedniem. Każdy taki proces musiał zostać najpierw skierowany do sądu apelacyjnego we Lwowie, a następnie trafić do Wiednia, gdzie ostatecznie decydowano, czy skazany rzeczywiście zasłużył na karę śmierci – mówi historyczka.
Reformy osiągnęły punkt kulminacyjny wraz z tzw. Józefiną, czyli Powszechnym kodeksem karnym o zbrodniach i karach wydanym przez Józefa II, który zainaugurował wiele zmian realizujących postulaty doktryny humanitarnej, w tym formalne zniesienie kary śmierci w zwykłym trybie sądowym. Ale zmieniały się też przepisy dotyczące poszczególnych przestępstw.
– Bigamia nadal była na tych terenach zagrożona karą śmierci. Stopniowo zanikała jednak kara chłosty, która stawała się coraz bardziej symboliczna. Przykładem może być proces z 1785 roku, w którym para oskarżona o uczynki cielesne została skazana na pięć miotełek, czyli uderzeń wiązką witek, oraz bardzo niską karę finansową – opowiada badaczka.
Zaczynano uznawać, że tego rodzaju sprawy nie powinny być rozpatrywane przed sądem. Za rządów Józefa II wprowadzono także edykt przeciwko dzieciobójstwu.
– Podkreślono w nim, że nieślubna ciąża nie jest hańbą i nie będzie za nią wymierzana kara. Ogromny problem, zarówno w Austrii, jak i na terenach wcielonych do monarchii, polegał jednak na tym, że księża, którzy pełnili również funkcje urzędników państwowych, nie chcieli tego przepisu odczytywać. Osoby niepiśmienne nie miały więc żadnej możliwości, aby się z nim zapoznać – zauważa kierowniczka projektu.
Doktryna humanitarna wyrastała z przekonania, że prawo karne nie jest narzędziem moralnej korekty społeczeństwa. A nadchodzących z Zachodu zmian w podejściu do życia osobistego człowieka nie dało się zatrzymać. Już pod koniec tego osiemnastego stulecia pogląd, że stanowi ono prywatną sprawę zyskiwał popularność także w Polsce.
Idea zaczęła przenikać także do galicyjskiej praktyki sądowej: sprawy o uczynki cielesne czy cudzołóstwo coraz rzadziej trafiały przed oblicze sędziego – i coraz rzadziej kończyły się wyrokiem.

