Powszechnie wiadomo, że profilaktyczne zapobieganie chorobom jest ważne. Aktywność fizyczna i dieta chronią przed nadciśnieniem, rzucenie palenia zmniejsza ryzyko nowotworu. Gdy śpimy za krótko silniej odczuwamy ból, tyjemy, częściej mamy kłopoty z układem krążenia, jesteśmy bardziej narażeni na chorobę Alzheimera – dlatego trzeba dbać o sen.
Jednak czy wciąż myślimy w ten sposób o szczepieniach? Dane porównawcze alarmują: o ile w 2015 roku 90% dorosłych Polaków (35–44 lata) uznawało szczepienia za istotne, o tyle w 2023 roku wskaźnik ten spadł do 67%.
Skąd ta zmiana? Czy szczepienia padły ofiarą własnej skuteczności? Bo gdy spojrzeć na (inne) liczby, widać kolosalne różnice. Przed wprowadzeniem szczepień przeciwko błonicy (1961 r.) w ciągu roku – np. w 1952 – notowano w Polsce ponad 40 tys. zachorowań, w 2023 r. – zero. W 1973 r. rejestrowano ponad 196 tys. przypadków odry; szczepienia przeciw odrze zaczęły się w 1975 r., w 2023 r. było 39 chorych. Liczba zachorowań na różyczkę w 1981 r. to ponad 207 tys., po wprowadzeniu szczepień (1987 r.), np. w 2023 r. – 262. I analogicznie polio: przed wprowadzeniem powszechnych szczepień – 6090 przypadków (1958 r.), a w 2023 r. – zero.* Co nie znaczy, że polio zniknęło z powierzchni Ziemi, to udało nam się na razie z ospą prawdziwą. Ostatni przypadek na świecie zarejestrowano w 1978 r., natomiast 8 maja 1980 ogłoszono likwidację tej choroby. Bo występowanie chorób można ograniczyć, ale jest warunek: powinno się szczepić na tyle dużo osób, by utrudnić zarazkom krążenie między ludźmi i przenoszenie choroby.
Dlaczego więc zmalała liczba osób uznających szczepienia za istotne? Jedną z przyczyn tego zjawiska jest zmiana sposobu, w jaki czerpiemy wiadomości o świecie. Badacze wskazują na przejście z „ery informacji” do „ery doświadczenia”. Nowych danych nie ocenia się już wyłącznie przez pryzmat ich obiektywnej poprawności, lecz przez emocjonalne połączenie z prezentowaną treścią. Zjawisko to potęguje tzw. infodemia, czyli skażenie przestrzeni informacyjnej dezinformacją.
W tym kontekście nie wystarcza już tylko podnoszenie kompetencji w obszarze ochrony zdrowia – dobrze wiemy, że palenie zabija, a cukrzyca stała się chorobą cywilizacyjną. Zmieniło się coś innego.
Badania dowodzą, że osoby o wysokich kompetencjach, które np. skończyły studia, wykorzystują swoje umiejętności do legitymizacji postaw sceptycznych – budują alternatywne interpretacje zdobywanej wiedzy. Burzy to mityczny podział na zwolenników i przeciwników szczepień, którego używamy jak stereotypu do tłumaczenia sobie świata.
Uniwersalny problem
Badania prowadzone przez dr hab. Annę Mierzecką, prof. ucz. i Marcina Łączyńskiego z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW opublikowane w prestiżowym periodyku Journal of the Association for Information Science and Technology pozwalają spojrzeć szerzej na zachowania informacyjne polskich rodziców. Naukowcy przeprowadzili badania na reprezentatywnej próbie 1061 rodziców dzieci do szóstego roku życia, czyli takich, którzy potencjalnie są najbardziej zainteresowani tematem szczepień.
– Impulsem do przeprowadzenia badania – choć może się to wydawać zaskakujące – był wybuch wojny na Ukrainie. Do Polski przybyła wówczas nowa grupa uchodźców, która składała się głównie z kobiet z dziećmi. Na tle Europy Ukraina ma wyjątkowo niski odsetek szczepień. Dlatego mojemu zespołowi przyświecała idea, że konieczne będzie podjęcie działań, które ułatwiłyby integrację i dołączenie tej grupy do przedszkoli i szkół. Przewidywaliśmy, że właśnie temat szczepień może powodować jakiegoś rodzaju napięcia – opowiada prof. Mierzecka.
Problem wahań wobec szczepień to zjawisko uniwersalne, a kluczem do jego zrozumienia nie jest sama wiedza medyczna, lecz to, w jaki sposób rodzice poszukują informacji i komu ufają.
Paradoks informacyjny – edukacja nie chroni przed dezinformacją
Wyniki badania podważają popularny stereotyp, zgodnie z którym sceptycyzm wobec szczepień jest typowy dla osób gorzej wykształconych.
Podobny odsetek osób z wyższym wykształceniem występuje zarówno wśród sceptyków wobec szczepień i autorytetów (56,8%), jak i w całej próbie badanych (57,2%). W pozostałych grupach wyniki są zróżnicowane – od niższych wśród niezaangażowanych naśladowców (49,0%) po wyższe wśród zwolenników decyzji opartych na dowodach (66,1%) i bezwarunkowych zwolenników (69,2%) – co pokazuje, że wykształcenie nie różnicuje tych postaw w jednoznaczny sposób.
– Chciałabym podkreślić, że nie jesteśmy pierwszymi, którzy doszli do takich wyników. W literaturze można odnaleźć badania, które potwierdzają, że osoby o poglądach antyszczepionkowych wcale nie muszą być niżej wykształcone, nie mają też niższych kompetencji informacyjnych. Bardzo często przewyższają kompetencjami do wyszukiwania informacji osoby, które mają poglądy zgodne z postawą proszczepionkową – twierdzi badaczka.
Zjawisko to naukowcy określają jako „paradoks informacyjny”. Wysokie kompetencje w wyszukiwaniu danych (tzw. information literacy) nie gwarantują, że wyciągnięte wnioski będą zgodne z konsensusem naukowym. Umiejętność sprawnego poszukiwania informacji może zarówno sprzyjać podejmowaniu decyzji opartych na wiedzy, jak i prowadzić do selektywnego dobierania źródeł i utwierdzania się we własnych przekonaniach. Część sceptycznych rodziców sięga po publikacje naukowe czy książki, samodzielnie analizując dane i interpretując je w sposób zgodny ze swoimi obawami.
– Kluczowe nie jest dotarcie do samych informacji. Kluczowe jest to, jeżeli już podejmiemy wysiłek, jakie informacje stają się dla nas wiarygodne. Albo jeśli nie podejmujemy wysiłku celowego wyszukiwania, co też jest charakterystyczne dla niektórych grup, to jakie osoby są dla nas autorytetami, czyją opinią się kierujemy – wyjaśnia badaczka.
Pięć twarzy polskiego rodzica
Badacze UW wyodrębnili wśród polskich rodziców pięć wyraźnych typów postaw wobec szczepień.
Pierwszy to osoby nastawione sceptycznie zarówno wobec szczepionek, jak i autorytetów. Grupa ta charakteryzuje się radykalnym brakiem zaufania do instytucji, systemu opieki zdrowotnej i samych ekspertów. Uważają, że ryzyko związane ze szczepieniami przewyższa korzyści. Co ciekawe, najrzadziej ze wszystkich grup samodzielnie poszukują informacji w internecie. Zamiast tego wolą opierać się na doświadczeniach i radach rodziny, znajomych posiadających dzieci oraz publikacjach dotyczących zdrowia.
Drugi to niezaangażowani naśladowcy. Z punktu widzenia zdrowia publicznego, stanowią najważniejszą grupę. Prezentują postawę ambiwalentną i widzą zarówno argumenty za, jak i przeciw. Czują, że ich wiedza nie jest wystarczająca, dlatego to właśnie w tej grupie odsetek niezależnego wyszukiwania informacji jest najwyższy. Szukają prostych, przystępnych odpowiedzi i są otwarci na rzetelny przekaz od lekarzy.
Trzeci typ postawy wobec szczepień to zwolennicy kierujący się opiniami ekspertów. Zasadniczo popierają szczepienia, ale zachowują czujność. Cenią spójność w komunikatach instytucji medycznych. Aby podjąć decyzję, weryfikują dane w wielu źródłach jednocześnie – u lekarzy, na stronach medycznych, ale też pytając rodziny.
Czwarty typ można opisać jako zwolenników decyzji opartych na dowodach. To grupa silnie wspierająca szczepienia, ale swoje decyzje opiera na twardych danych. Osoby te skrupulatnie analizują stosunek ryzyka do korzyści i zdecydowanie odrzucają nienaukowe narracje. Ostatecznym punktem odniesienia staje się dla nich lekarz lub lekarka.
Ostatni wyróżniony w badaniu rodzaj postawy to bezwarunkowi zwolennicy. Cechuje ich niezachwiana wiara w szczepienia i absolutne zaufanie do instytucji. Popierają obowiązek szczepień i sankcje dla uchylających się rodziców. Praktycznie wcale nie korzystają z porad znajomych – interesują ich wyłącznie oficjalne rekomendacje medyczne. W przeciwieństwie do bardziej sceptycznych grup rzadziej podejmują też samodzielne, pogłębione poszukiwania informacji.
Porażka stron rządowych i mit mediów społecznościowych
Badania przynoszą zaskakujące wnioski na temat tego, jakimi kanałami najlepiej docierać do rodziców. Okazuje się, że wbrew potocznym lękom, polscy rodzice stosunkowo rzadko czerpią wiedzę o szczepieniach z Facebooka czy YouTube’a (zgłasza to niewielki odsetek, głównie w grupach wątpiących). Dla zdecydowanej większości badanych, poza skrajnymi sceptykami, głównym i najważniejszym źródłem informacji pozostaje lekarz w przychodni.
– Pojawiają się czasem opinie, że mamy kryzys zaufania do nauki. Otóż nie. Istnieją badania, które pokazują, że my nadal ufamy nauce. Nawet osoby o poglądach antyszczepionkowych (oczywiście są przypadki, które tego nie potwierdzają), nadal zasadniczo mają zaufanie do nauki – mówi prof. Mierzecka.
Zaskakująco nisko oceniane są jednak oficjalne, rządowe portale (np. Ministerstwa Zdrowia), które rodzice uważają za zbyt ogólnikowe. Znacznie chętniej zaglądają na specjalistyczne strony placówek medycznych, szukając tam konkretów odpowiadających na ich indywidualne obawy.
Wspólnota doświadczeń
Dlaczego więc, skoro ogólnie ufamy nauce, zdarza nam się kwestionować potrzebę szczepień? Odpowiedzi dostarczyły wywiady jakościowe – czyli pogłębione rozmowy z rodzicami, w których badacze analizowali ich doświadczenia, emocje i sposób podejmowania decyzji.
Okazuje się, że istotną kwestią jest tzw. bliskość źródła informacji. Przy podejmowaniu decyzji tak obciążonych odpowiedzialnością, jak zdrowie własnego dziecka, rodzice instynktownie skłaniają się w stronę osób, które dzielą z nimi doświadczenia.
– Częściej ufamy osobom, które mają podobną sytuację życiową, albo odnoszą się do naszej sytuacji życiowej, czym dają nam poczucie zrozumienia. Lekarz, który powie: „też mam dzieci, one też mogą zachorować, dlatego je szczepię” jest dla nas bardziej godny zaufania niż ktoś, kto mówi: „dzieci w Afryce, które nie mają dostępu do tych szczepionek, umierają”. Dzieci w Afryce, jakkolwiek możemy być dla nich pełni współczucia, nie stanowią bowiem punktu referencyjnego dla naszej sytuacji życiowej. Chcemy usłyszeć, że osoba, która przekazuje nam informacje, jest bliska naszym doświadczeniom życiowym – opowiada badaczka.
Znaczenie mają też wcześniejsze kontakty rodziców z systemem ochrony zdrowia. Na postawy wobec szczepień wpływ mogą mieć doświadczenia z… sali porodowej. Jeśli młoda matka czuła się tam zlekceważona czy potraktowana protekcjonalnie, jej zaufanie do całego systemu ochrony zdrowia drastycznie spada. W poszukiwaniu wsparcia zwraca się wtedy do alternatywnych środowisk – na przykład grup antyszczepionkowych, w których wreszcie czuje się wysłuchana i zrozumiana.
Jak naprawić komunikację?
Wyniki tych badań mogą stać się drogowskazem dla lekarzy, polityków i instytucji ochrony zdrowia. Należy skończyć ze stygmatyzowaniem osób wątpiących w szczepienia jako „niedouczonych” i „głupich”.
Etykietowanie tylko pogłębia opór i popycha w stronę bańki dezinformacyjnej. Po drugie, komunikacja musi być szyta na miarę. Do grupy zwolenników decyzji opartych na dowodach trafiają twarde dane statystyczne, jednak prawdziwa batalia toczy się o tzw. niezaangażowanych naśladowców. Aby do nich dotrzeć, personel medyczny musi wykazywać się empatią.
– W relacjach osób sceptycznych wobec szczepień pojawiały się takie, jak to, że lekarz nie miał czasu, „zlekceważył moje uwagi”, „potraktował mnie protekcjonalnie”. W głosach matek pojawiała się nawet gorycz, że przyczepiano im etykietkę osoby niedouczonej dlatego tylko, że wyraziły swoje wątpliwości. Dyskredytowanie obaw bardzo źle wpływało na ogólny stosunek do szczepień i podejmowane później decyzje. Nasz system opieki zdrowotnej niestety wygląda tak, że lekarz ma określoną ilość czasu dla pacjenta i rozumiem, że nie zawsze można w tym czasie zaadresować w pełni wszystkie obawy. Nie trzeba jednak wprowadzać nowego stanowiska doradcy do spraw szczepień, tylko należy uczulić osoby, które się stykają z matkami, że potrzebne jest im wsparcie – opowiada badaczka.
Lekarze mogliby stosować tzw. chunking and checking, czyli podawanie informacji w małych, strawnych porcjach z jednoczesnym upewnieniem się, czy rodzic wszystko zrozumiał, bez cienia protekcjonalności.
W praktyce mogłoby to wyglądać tak: zamiast jednorazowo wyjaśniać cały kalendarz szczepień, lekarz mówi najpierw tylko o jednym – na przykład czym jest dana szczepionka i przed jaką chorobą chroni. Potem zatrzymuje się i pyta: „Czy to jest dla Pani/Pana jasne? Co budzi największe wątpliwości?”. Dopiero po odpowiedzi przechodzi dalej – do możliwych skutków ubocznych, znów robiąc pauzę i upewniając się, że rodzic rozumie i ma przestrzeń na pytania.
Decyzja o zaszczepieniu dziecka rzadko bywa dzisiaj zero-jedynkowa. To skomplikowany proces, w którym medycyna nieustannie ściera się z emocjami, poczuciem ogromnej odpowiedzialności ze strony rodziców oraz nierzadko wadliwym systemem komunikacji. Przyszłość zdrowia publicznego może zależeć od tego, czy system ten nauczy się słuchać rodziców.
* Źródło: Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Instytut Badawczy