W ostatnich latach sytuacja w Etiopii była bardzo niestabilna – napięcia polityczne i konflikty wewnętrzne nasilały się zwłaszcza po śmierci premiera Melesa Zenawiego w 2012 roku. Kolejne fale protestów i wprowadzenie stanu wyjątkowego w 2016 roku sprawiły, że wielu Etiopczyków zdecydowało się na emigrację.
Jednym z kierunków był Egipt – nie jako miejsce docelowe, bardziej jako przystanek w drodze do Europy, Australii czy Stanów Zjednoczonych. Część osób trafiała tam, żeby ubiegać się w UNHCR o status uchodźcy, inni zatrzymywali się na dłużej, często bez jasnej perspektywy wyjazdu. Według danych UNHCR w 2021 roku w Egipcie było zarejestrowanych ponad 16 tysięcy Etiopczyków.
To właśnie tam prowadzi badania dr Zuzanna Augustyniak z Wydziału Kultur Azji i Afryki Uniwersytetu Warszawskiego. Początkowo przyjechała do Kairu w 2018 roku, żeby pracować nad materiałami do monografii dotyczącej instytucji małżeństwa w Etiopii. Na miejscu trafiła jednak na społeczność migrantów, której codzienne doświadczenia szybko stały się głównym przedmiotem jej badań.
Jak Etiopczyk w Kairze
Do Egiptu trafiają ludzie, którzy wyjechali z Etiopii głównie z powodów politycznych. Na miejscu szybko okazuje się, że problemem nie jest tylko to, skąd uciekli, ale też to, kim mogą być w nowym miejscu.
Wśród Etiopczyków w Kairze dużą rolę odgrywa chrześcijaństwo – zwłaszcza Etiopski Kościół Ortodoksyjny, wokół którego organizuje się życie części diaspory.
Dr Zuzanna Augustyniak weszła do tej społeczności dzięki etiopskiemu księdzu z katedry św. Marka w kairskiej dzielnicy Al-Abbasijja – miejscu, wokół którego skupia się życie diaspory. To tam poznała swoich pierwszych rozmówców i usłyszała coś, co ukierunkowało jej badania: w Egipcie to kobietom dużo łatwiej jest znaleźć pracę niż mężczyznom.
To odwraca porządek znany z Etiopii. Tam od mężczyzny oczekuje się, że będzie utrzymywał rodzinę, a kobieta zajmie się domem. W Kairze bywa odwrotnie – kobiety pracują, często jako pomoc domowa, a mężczyźni zostają bez zajęcia albo podejmują dorywcze, nisko płatne prace, niezgodne z ich wykształceniem.
Pierwszym pytaniem badaczki było, czy taka zmiana może dawać kobietom większą niezależność. Szybko okazało się jednak, że dużo trudniej jest w ogóle z nimi rozmawiać. Często pracują poza domem przez wiele dni. Do tego dochodzą względy kulturowe – publiczne mówienie o takich sprawach nie jest dla nich oczywiste. Rozmowy etnograficzne dużo łatwiej prowadzić z mężczyznami niż z kobietami.
Dlatego większość rozmów dr Augustyniak prowadziła z mężczyznami – w etiopskich kawiarniach i tzw. tedż biet, czyli lokalach będących połączeniem jadłodajni z miejscem spotkań, gdzie gra się w bilard czy karty. To właśnie tam powracał jeden wspólny wątek: poczucie, że „nie są już mężczyznami tak jak powinni”.
Za tym powszechnym poczuciem „niemęskości” stoi yilunta – pojęcie z języka amharskiego, jednego z głównych języków używanych w Etiopii. To presja tego, co wypada, jak powinno się wyglądać w oczach innych. W warunkach migracji to napięcie zaczyna być najbardziej widoczne.
– Ci Etiopczycy – inżynierowie, informatycy, matematycy, dziennikarze – często nie mogli znaleźć pracy w zawodzie i jedyna praca, która była dla nich dostępna, to praca w fabryce płytek ceramicznych. Z ich perspektywy uwłaczająca, ale też ekonomicznie nieopłacalna. To jest jednak typowe nie tylko dla emigrantów z Etiopii. To, co jest nietypowe w sytuacji Etiopczyków w Egipcie i to, co jest dla mnie ciekawe, to jak ci mężczyźni definiują w tym kontekście swoją męskość. Czy oni nadal czują się mężczyznami, jeśli nie mogą wypełnić roli, do której byli przygotowywani, uczeni właściwie od urodzenia, od socjalizacji pierwotnej. Co się dzieje z ich poczuciem bycia mężczyzną, jeśli nie mogą spełniać ról, które są od nich wymagane? – mówi dr Zuzanna Augustyniak.

Yilunta, czyli „co ludzie powiedzą?”
Yilunta to pojęcie, które trudno przełożyć jednym słowem i nie ma dobrego odpowiednika w polszczyźnie. Najbliżej mu chyba do naszego „co ludzie powiedzą” – ale nie tylko w sensie tego, co ktoś faktycznie powie, ale też co pomyśli, jak nas oceni, czy uzna, że zachowujemy się „jak trzeba”.
To coś, co się ma – i co można stracić. Dlatego trzeba o to dbać, pilnować się, jak się wygląda, mówi i zachowuje.
Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Jednak czym innym jest męska i kobieca yilunta, więc różne zachowania gwarantują jej posiadanie.
W praktyce oznacza to dość jasny podział ról. Od mężczyzny oczekuje się, że będzie utrzymywał rodzinę. Od kobiety – że zajmie się domem i dziećmi. To nie jest tylko kwestia wyboru stylu życia.
Jeśli ktoś wyłamuje się z tego schematu, może stracić yilunta, a tym naraża się utratę pozycji, izolację i – potencjalnie – wykluczenie z uczestnictwa w życiu wspólnoty.
Dlatego wielu Etiopczyków mieszkających w Kairze, z którymi rozmawiała dr Augustyniak, próbuje – na różne sposoby – podtrzymać tradycyjnie im narzucone społeczne role, nawet jeśli warunki zupełnie temu nie sprzyjają.
– Yilunta to nie jest tylko taki savoir-vivre, co mi wolno, czego mi nie wolno. To raczej to, co jest dobrze widziane przez społeczeństwo: jak mam się zachować wbrew sobie, żeby usatysfakcjonować tych, którzy są wokół mnie. I tego są uczeni i mężczyźni, i kobiety, od samego początku. Co się dzieje, kiedy człowiek tego spełnić nie może? Jaką przyjmuje strategię? Moje badania pokazują, że z jednej strony można odgrywać przez duże „O”, czyli można udawać, że nic się nie stało, że nadal jestem tym, który może nie tyle zarabia, ale ma pieniądze i wydaje pieniądze według swojego uznania. Natomiast druga strategia to jest strategia zawieszenia, w której mężczyźni uznają: „no tak, teraz jesteśmy w takiej sytuacji, że nie możemy odgrywać tych swoich ról, więc staniemy się kobietami”, ale to jest tylko chwilowe, potem to się wymaże i tego nie będzie – dodaje badaczka.
Jedni wchodzą więc z innymi mężczyznami (będącymi najczęściej w identycznej sytuacji społeczno-ekonomicznej) w swoistą grę pozorów. W praktyce często kończy się to konfliktami. Kobiety zostawiają pieniądze na utrzymanie domu, a po powrocie okazuje się, że zostały wydane – na spotkania, jedzenie, czasem hazard. To prowadzi do napięć, a niekiedy także do rozpadu związków.
Drudzy zaś adaptują się do nowych warunków, w mniejszym lub większym stopniu przejmując w domu role typowo kobiece, takie jak opieka nad dzieckiem czy przygotowanie yndżery – tradycyjnego, przypominającego nieco naleśnik chleba, stanowiącego podstawę etiopskiej kuchni.
To podejście niesie ze sobą pewne ryzyko, ponieważ mężczyzna oddający się aktywnościom kobiecym, może stracić yilunta. Dlatego też w rozmowach z badaczką Etiopczycy starannie przedstawiają realizację tych obowiązków w sposób, który podkreśla ich samodzielność i sprawczość. Pytani o to, jak właściwie nauczyli się opieki nad dzieckiem, wskazują filmy instruktażowe na YouTube.
– Etiopscy mężczyźni nie potrafią gotować, nie mają nawyku opiekowania się dziećmi, nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że to jest sfera, która jest im zakazana. Kobiety nie będą wpuszczały mężczyzn do kuchni. Ani matki chłopców, ani żony mężów. Dlatego, że kuchnia jest przestrzenią kobiecą. I mężczyzna, który by się za bardzo interesował kuchnią, zostałby uznany za yesiet lydż, czyli po amharsku „dziecko kobiety”. Ale chodzi o to, że mężczyzna w kuchni właśnie nie ma yilunta. Więc ci mężczyźni, którzy muszą zająć się domem, na pewno się nie przyznają, że żony ich uczą, tylko powiedzą: „ja to wiem z internetu”. Ja się nauczyłem przewijać z internetu. Ja się nauczyłem gotować w internecie. Właśnie po to, żeby podkreślić: ja sam, jako mężczyzna, jestem samodzielny – tłumaczy etnografka.
Badaczka wspomina jak raz została zaproszona na obiad do jednego z rozmówców. Jego żony akurat nie było w domu, bo musiała nagle wyjść do pracy. W efekcie to dr Augustyniak stanęła w kuchni i przygotowywała posiłek – pod dokładnymi instrukcjami gospodarza, który został w pokoju. Sam nie mógł tego zrobić. Granica między męską a kobiecą przestrzenią była na tyle sztywna, że nie dało się jej przekroczyć nawet w takiej sytuacji.

Kiedy męskość wraca razem z pracą
– Jedną z pierwszych osób, z którą rozmawiałam o yilunta, był mój przyszły asystent terenowy. W Egipcie początkowo pracował w biurze wspierającym wydawanie wiz, potem przyszedł COVID, stracił pracę i był na utrzymaniu swojej żony, która sprzątała w egipskich domach. Dzięki temu mogłam obserwować, jak spada jego poczucie sprawczości, a wraz z nim poczucie bycia mężczyzną. Kiedy w końcu, dwa lata temu, zostali relokowani do Kanady, zrobił kurs kierowcy, chodził na zajęcia z angielskiego i wkrótce zaczął pracować jako ochroniarz w sklepie. Dziś pracuje jako pielęgniarz, bo miał wykształcenie medyczne. I teraz to podejście do yilunta się zmienia. On znowu czuje się mężczyzną, yilunta wraca na właściwe tory: on może odgrywać bycie mężczyzną, jego żona może odgrywać bycie kobietą – mówi dr Augustyniak.
Okoliczności migracji sprawiają, że wielu Etiopczyków w Egipcie dostrzega w yilunta rygor społecznych oczekiwań. Codzienność wymaga jednak na nich, aby tym lub innym sposobem przekształcili formy tradycyjnego realizowania swoich ról w rodzinie.
Ale to nie znaczy, że ktoś chce ten porządek na stałe zmienić. Ani kobiety, ani mężczyźni nie traktują tej sytuacji jako nowego modelu życia. Raczej jako coś przejściowego – etap, który trzeba przetrwać. Dominuje myślenie: jak tylko będzie można, wracamy do tego, co było wcześniej – do znanego podziału ról i zasad.
Chociaż nasza kultura inaczej definiuje społeczne role kobiet i mężczyzn, to pod wieloma względami my także możemy przejrzeć się w sytuacji etiopskiej diaspory w Egipcie jak w zwierciadle. Jaką strategię przyjmują polscy mężczyźni, gdy zakwestionowane zostają ich tradycyjnie postrzegane role?
Czy starają się na nowo zdefiniować swoją męskość, czy raczej utrzymują pozory, że wszystko nadal może być po staremu? Tak jak w przypadku Etiopczyków odpowiedź na te pytania często zależeć będzie od sytuacji ekonomicznej. Równie często może być postrzegana jako przejściowa.
– U nas figura dziadka czy ojca długo była związana z zarządzaniem. Powiedzieć, że z „zarządzaniem strachem” to trochę za mocno, ale z czymś na zasadzie „jak ojciec wróci, to ci pokaże” albo z drugiej strony „muszę ustalić z ojcem”, „muszę o tym porozmawiać z ojcem”. Obecnie ten model ojcostwa, jak się rozejrzymy, wygląda inaczej. Polscy ojcowie, spacerujący nie tylko w niedzielę i nie tylko z cierpiętniczą miną, z wózkami po osiedlu, zaangażowani w to, co robią, nikogo już nie dziwią. Można tu przypomnieć reklamę Viziru: mężczyzna robi pranie, mówi, jak wspaniały jest ten proszek, a na koniec wbiega dziewczynka i mówi: tato, zrób mi warkocz! A tata – zwykły czy kłos? Także widać również w tym dyskursie publicznym, że dużo się zmienia, choć wcześniej absolutnie to nie było widoczne – podkreśla etiopistka.
Z badań dr Zuzanny Augustyniak wynika, że w Kairze wielu etiopskich mężczyzn siłą rzeczy wchodzi w role, które wcześniej były dla nich zamknięte – zajmują się domem, dziećmi, gotują. Tyle że nie traktują tego jako zmiany tego, kim są. To raczej tylko chwilowa zamiana miejsc.
Z perspektywy badaczki w Polsce to przychodzi znacznie łatwiej. Facet z dzieckiem czy w kuchni nie musi już udawać, że to przejściowe albo że zrobił coś sam od zera. Tu taka zmiana coraz rzadziej podważa jego pozycję.
