Zinterpretowanie dziewiętnastowiecznej audiosfery pozwala inaczej spojrzeć na relację Wokulskiego i Łęckiej. Demaskuje salonowy fałsz i pozwala zrozumieć, dlaczego dźwięk to ważne narzędzie poznania rzeczywistości.
W tradycyjnym literaturoznawstwie powieść realistyczna była traktowana jako gatunek zdominowany przez wzrok. Wszyscy pamiętamy ze szkoły opisy postaci, architektury czy strojów. Tymczasem dr Magdalena Krzyżanowska z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego w swojej książce W świecie dźwięków. Słuchacze w polskiej prozie lat 1864–1918 obala ten mit. Autorka wpisuje swoje analizy w międzynarodowy, interdyscyplinarny nurt sound studies (badań nad dźwiękiem) oraz audioantropologii.
– Szczególnie istotne było dla mnie, czy możemy wyłapać jakieś prawidłowości w sposobach, w jakie rozmaici pisarze – Prus, Konopnicka, Reymont – piszą o dźwiękach. Chciałam zrozumieć, jak oni te dźwięki pojmowali, jakie przypisywali im znaczenie i co w związku z tym możemy powiedzieć o rzeczywistości ówczesnych ludzi – opowiada dr Krzyżanowska.
Badaczka nie ograniczała się do poszukiwania onomatopei, czyli wyrazów dźwiękonaśladowczych, ale przeanalizowała sposoby przedstawiania zjawisk akustycznych w tekście literackim i ich wpływ na ludzi. Wykorzystała do tego pojęcie audiosfery – środowiska akustycznego okalającego człowieka i tworzonego przez dźwięki jego otoczenia, np. mowę, hałas czy… ciszę. Kluczową kategorią badawczą stał się punkt słyszenia (analogicznie do punktu widzenia), czyli przestrzenne usytuowanie bohatera jako aktywnego odbiorcy i interpretatora bodźców słuchowych.


Ucho Prusa
Dotychczasowe omówienia dzieł Prusa akcentowały jego wzrokocentryzm – uprzywilejowanie wzroku w stosunku do pozostałych zmysłów – co miało przejawiać się w kreowaniu figury bacznego obserwatora rzeczywistości. Badania dr Krzyżanowskiej przełamują ten schemat, pokazując, że w przypadku autora Lalki obserwacja to splot patrzenia i słuchania. Sam autor pisał o tym w notatkach, a także o uwadze jako ukierunkowaniu zarówno zmysłów, jak i samego umysłu na konkretny bodziec przy jednoczesnym odrzuceniu szumów tła.
– Prus rozumiał obserwację jako połączenie czynności patrzenia i słuchania. Wokulski jest oczywiście naszym czołowym obserwatorem, za którym najczęściej podążamy. Patrzy na miasto również jako przybysz z zewnątrz: wchodzi do nowego środowiska i obserwuje arystokrację. Prus opisuje, jak bohater tego doświadcza, jak poznaje kolejne przestrzenie. Słuch odgrywa tutaj znaczącą rolę. Społeczeństwo arystokratyczne opisywane w „Lalce” to przede wszystkim społeczeństwo spektaklu, które zachowuje się zgodnie z określonymi konwenansami, ale też odbywają się w jego obrębie swego rodzaju gry. Tam raczej nie mówi się wprost, pojawiają się zakulisowe działania, więc zdolność słuchania jest tu szczególnie istotna. Trzeba wychwycić bystrym uchem fałsz w tonie, szept zza kulis, a czasami nawet coś podsłuchać – stwierdza badaczka.
Dla bohaterów książek Prusa uszy okazują się często bardziej rzetelnym źródłem informacji niż oczy. O ile wzrok łatwo ulega iluzjom i daje się zwieść pozorom, o tyle słuch pozwala wychwycić różne sygnały, a dzięki temu – nadchodzące zagrożenie.


Dźwięki cierpienia
Stanisław Wokulski został wykreowany przez Prusa jako wprawny słuchacz miejskiej audiosfery. Jego doświadczenie, zbierane dzięki zmysłom, różni się w zależności od przestrzeni, w której przebywa.
Gdy spaceruje po biednych rejonach Warszawy, np. po Powiślu, słyszy rżenie wycieńczonych koni, chrzęst żwiru, stękanie i jęki ciężko pracujących ludzi. Dr Krzyżanowska zwraca uwagę, że bohater rejestruje „dźwięki cierpienia”, które wydają nie tylko ludzie i zwierzęta, ale wręcz cała rzeczywistość. Ból otoczenia rezonuje z jego stanem wewnętrznym, doprowadzając do zjawiska, które Prus nazywał „współdźwięcznością”.
– Wokulski słyszy dźwięki cierpienia nie tylko w tym sensie, że ludzie jęczą z bólu, bo ciężko pracują. Skargi i prośby o ratunek wydaje właściwie cały świat – ludzie, zwierzęta, konie, nawet bruk uliczny. Współbrzmi to z własnym cierpieniem bohatera, co prowadzi go do współodczuwania, czyli właśnie współdźwięczności. Wokulski potrafi to zobaczyć, usłyszeć, przemyśleć i wyciągnąć na ten temat wnioski. Dzięki dźwiękowi dociera do rzeczywistości innej niż spektakl, który obserwuje trochę z zewnątrz na salonach arystokracji – mówi dr Krzyżanowska.
Kiedy Wokulski wchodzi na podwórko kamienicy, słyszy kucie szewskiego młotka, gruchanie gołębi, „miarowe dźwięki fortepianu i krzykliwy sopran śpiewający gamę: – A!… a!… a!… a!… a!… a!… a!… a!…”Do tego dochodzi silny męski bas i szelest wylewanej wody – gdy jej strumień pada na wychyloną głowę pani Krzeszowskiej. Szepcze: „Wesoły dom, nie ma co…” Audiosferę budynku tworzą dźwięki codziennego życia ludzi, a krzyki, wołania, czy odgłos wylewanej wody to świadectwo sporów między nimi.
Z kolei na salonach arystokracji – w serialu w reżyserii Pawła Maślony – Wokulski, mimo doskonałego słuchu, ujawnia brak zwyczajów kulturowych wyższej sfery. Jego społeczna niezręczność objawia się głośnymi akcentami: potrąceniem tacy, która z hukiem obwieszcza jego przybycie na przyjęcie, czy gwałtownym zakrztuszeniem się przy stole.
W świecie XIX-wiecznych konwenansów prawo do akcentowania swojej obecności stanowiło przywilej elit, podczas gdy osoby z niższych warstw powinny zachowywać przeznaczone im milczenie.
– Kultura kształtuje to, co dana osoba słyszy, a czego nie słyszy. Ale warto zwrócić uwagę, że samo prawo do wydawania dźwięków ma również znaczenie kulturowe. W serialu, np. w Zasławku, gdy arystokraci balują, ciągle coś tłuką, niszczą, krzyczą, zachowują się w sposób mało dystyngowany, ale mają tam wtedy do tego prawo. A gdy Wokulski zakrztusi się podczas obiadu, co jest normalną ludzką reakcją, albo wpadnie przez przypadek na kelnera z tacą, co się zdarza, to jest od razu dostrzegane i wyśmiewane. Nie wolno mu zwracać na siebie uwagi, ponieważ to podkreśla jego niedopasowanie, nie ma prawa do popełniania błędów, nie powinien być głośny – opowiada badaczka.







Bystre ucho Izabeli
Izabela Łęcka różni się od Wokulskiego w powieści sposobem słuchania. Prus wprost przypisuje jej „bystre ucho”. Słuchanie jest dla niej elementem gier salonowych i uwodzenia. Panna Łęcka potrafi przysłuchiwać się rozmówcom z takim zaangażowaniem, jakby „chciała wypić duszę z opowiadającego”, co stanowi wyuczoną umiejętność towarzyską.
– Zarówno Wokulski, jak i Łęcka mają dobry słuch, ale ciekawe jest to, że słuchają czegoś trochę innego i w trochę inny sposób. Słuchanie Izabeli jest elementem przedstawienia, uwodzenia. Ona bardzo uważnie słucha swojego rozmówcy i pokazuje, że jest zaangażowana, co stanowi element gry salonowej. Łęcka cały czas przebywa w towarzystwie pełnym pozorów i takim właśnie, powiedzmy, oderwanym od rzeczywistości – twierdzi badaczka.
W nowym serialu Netflixa postać Izabeli zostaje pozbawiona wizerunku biernej lalki. Nowa interpretacja oddaje jej głos i podkreśla cielesność – bohaterka wyraża swoje emocje przez gwałtowny krzyk i ekspresję dźwiękową. Przełamuje tym samym XIX-wieczny stereotyp „dobrze wychowanych” kobiet, co staje się symbolicznym zaznaczeniem jej własnej podmiotowości.
– Bycie głośnym może być zarzutem, ale może też świadczyć o przywileju. O kobietach, które domagały się swoich praw, mówiło się, że są jazgotliwe, krzyczą, a przecież nie tak powinny się zachowywać. Nagle zawłaszczają one przestrzeń, która jest im nieprzeznaczona. Krzyk zwraca uwagę na cielesność, co z perspektywy XIX-wiecznej nie jest pożądane, zwłaszcza u kobiet. One swojego ciała nie powinny eksponować w sferze publicznej, zwłaszcza te z wyższych sfer. Świetnie widać to w scenie, kiedy aktorka Sandra Drzymalska gwałtownie otwiera usta przy krzyku. Widać, że wydobywa się z jej środka i to wydaje mi się bardzo dobrze reprezentować funkcję, jaką społecznie przypisuje się krzykowi. Jest on nagłym zaznaczeniem siebie, swojego ciała, wyrzuceniem na zewnątrz własnych emocji i przeżyć. Można to wiązać z elementem emancypacyjnym, bo bycie głośnym, hałaśliwym zwraca uwagę, sprawia, że dostrzegamy wyrażaną podmiotowość – opowiada dr Krzyżanowska.



Podsłuchiwanie kluczem do rzeczywistości
Punktem zwrotnym w powieści jest scena w pociągu, w której Wokulski podsłuchuje rozmowę Izabeli i Starskiego prowadzoną po angielsku. Pisarz położył w niej nacisk na wymiar słuchowy: Wokulski nie tyle patrzy na bohaterów, co wsłuchuje się w ton ich wypowiedzi. Dostrzega pęknięcie między swobodą rozmowy a jej kompromitującą treścią. Bodziec dźwiękowy prowadzi do zburzenia iluzji, co podsumowuje dramatyczne rozpoznanie: „fałsz!… fałsz!…”.
Prus często w swoich dziełach wykorzystywał podsłuchiwanie i nasłuchiwanie jako metody poznawania prawdy. Podsłuchując, bohater zyskuje niezbędny dystans, dzięki czemu może zweryfikować fałszywe plotki i dotrzeć do istoty rzeczy.
Co słychać w serialu
Twórcy sześcioodcinkowego serialu Lalka świadomie operują środkami audialnymi, by budować napięcie. W scenach konfliktów drastyczne wydarzenia, takie jak zastrzelenie konia przez Tomasza Łęckiego, rozgrywają się poza kadrem. Kamera pozostaje skierowana na przerażoną twarz Izabeli, a widz odbiera strzał wyłącznie za pomocą słuchu, co potęguje stan niepewności: co się właściwie wydarzyło? Możemy tylko wnioskować na podstawie dźwięku.
Serial wydobywa również kontrast pomiędzy wyciszoną, służebną obecnością niższych klas a hałaśliwym, wrzaskliwym biesiadowaniem arystokracji w Zasławku. Wykorzystanie ponurej ścieżki dźwiękowej buduje natomiast atmosferę nadchodzącego rozpadu dotychczasowego porządku społecznego.
– Ścieżka dźwiękowa ma w serialu bardzo duże znaczenie. Poważna, ponura, wieszcząca, niepokojąca, powolna lub szybka muzyka pojawia się w rozmaitych scenach. Jest znakiem zagrożenia i rozpadu ówczesnego świata – twierdzi badaczka.
Wzrok czy słuch?
Powrót do klasyki literatury z perspektywy sound studies pozwala dostrzec w powieści Bolesława Prusa wielowarstwowe uniwersum dźwiękowe, a lektura skierowana na audiosferę uczy uważnego słuchania.
W epoce zdominowanej przez przebodźcowanie wizualne i kulturę obrazu Lalka przypomina, że najistotniejsze sensy mogą wymykać się naszym oczom.
Jutro – premiera kinowa filmu Lalka (2026) w reż. Macieja Kawalskiego.



