Po dekadach złudnego poczucia stabilności świat ponownie został zaskoczony przez falę kataklizmów – pandemię, niepokoje gospodarcze i krwawą wojnę u granic Europy. Żyjąc w czasie dziejowej niepewności, w której przeczucie katastrofy staje się nową normalnością, poszukujemy języka zdolnego nazwać trawiące nas lęki.
Przed podobnym wyzwaniem stali starożytni Grecy u zarania swej cywilizacji, gdy budowali pierwsze poleis. Mieli też swoje sposoby na, powiedzielibyśmy dzisiaj, przepracowanie traum wojennych, żałoby czy na kryzys przywództwa.
Jak się zabrać za Homera
Aby odpowiedzieć na pytanie, jak czytanie Homera może pomóc nam w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości, prof. Marek Węcowski połączył trzy perspektywy: historyka starożytności badającego relacje społeczne archaicznej Grecji, filologa dokonującego analizy poematów oraz badacza recepcji jego dzieł, który śledzi dzieje utworów Homera od antyku po współczesność.
– Pierwotnie miała to być króciutka książeczka, ale kiedy do tego usiadłem, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę piszę trzy różne książki. Z jednej strony piszę o Homerze jako historyk starożytności, jako ktoś, kto próbuje wycisnąć z Homera informacje na temat tego, w jakiej sytuacji historycznej jego poematy powstały i jaką mogą mieć dla nas wartość historyczną.
Jednocześnie chciałem napisać o Homerze jako twórcy. Otóż w nauce po II wojnie światowej dominował nurt widzący poematy Homerowe jako efekt działania pewnej tradycji, z silną tendencją do ukrywania poety albo wręcz pozbywania się hipotezy o jakimś twórcy-artyście na rzecz działania tradycji literatury ustnej w Grecji.
I po trzecie, miałem w głowie cały czas myśl, że chciałbym pisać o Homerze w kontekście tego, co dzieje się dzisiaj z literaturą starożytną i jak może ona nam pomagać w interpretacji świata, który gwałtownie przyspieszył i który z dość przyjemnego dla niektórych, wygodnego i ciepłego miejsca zmienił się w świat niebezpieczny.
Te trzy pomysły wydawały mi się możliwe do połączenia pod warunkiem, że zacznę opowieść od dzisiejszych czasów, pokazując na początek, jak Homera używano podczas dziejowych kataklizmów, wojen światowych i wcześniej – wyjaśnia prof. Marek Węcowski.
Zakładnik i pomyłka renesansowego mistrza
Okazuje się, że wiele powszechnych wyobrażeń o Homerze wynika z historycznych nieporozumień lub błędów tłumaczy. Przykład antycznych pomyłek może stanowić puszka Pandory, która w poemacie Hezjoda była w rzeczywistości wielką glinianą beczką (pithos), którym to obrazem prof. Marek Węcowski otwiera swoją książkę. Określenie „puszka” pojawiło się na skutek pomyłki renesansowego uczonego Erazma z Rotterdamu.
Zaskakiwać może fakt, że imię Homer prawdopodobnie wcale nie należało do jednej osoby. Greckie słowo homēros oznaczało zazwyczaj „zakładnika”, a przypisywana mu ślepota mogła być jedynie legendą. Nazwa „Homerydzi” („synowie Homera”) funkcjonowała z kolei jako zbiorcze określenie gildii zawodowych śpiewaków z wyspy Chios.
– Homer istniejący w naszych głowach i w każdej epoce jest trochę inny, zarówno dla czytających go poetów, pisarzy czy pisarek, jak i naukowców. A wynika to z różnych rzeczy, które działy się z Homerem i jego wyobrażeniem przez kolejne stulecia, aż do naszych czasów – komentuje prof. Węcowski.
Co więcej, analiza samych poematów skłania niektórych badaczy do odrzucenia teorii o jednym autorze i przyjęcia stanowiska, że Iliada i Odyseja są dziełem różnych poetów.


Marmurowe popiersie Homera. Rzymska kopia wykonana na podstawie greckiego oryginału z okresu hellenistycznego, autor nieznany. Fot. Marie-Lan Nguyen / Wikimedia
Od okopów Gallipoli po terapię PTSD
Ciekawym wątkiem jest historia ideologicznego zawłaszczenia eposu przez niemieckie elity. Po klęskach w wojnach napoleońskich romantycy ogłosili średniowieczną Pieśń o Nibelungach „niemiecką Iliadą”, szukając w niej ducha narodowej wspólnoty. W 1815 r. pruska młodzież ruszała na wojnę z kieszonkowym wydaniem Nibelungów w plecaku, a w 1945 r. ostatnia dywizja SS otrzymała nazwę „Nibelungen”.
Sięganie po Homera w czasie wojny nie stanowi jedynie literackiej ucieczki. W 1915 r. na wyspie Imbros brytyjski poeta i żołnierz Patrick Show-Stewart, patrząc na brzeg Troi pod Gallipoli, pisał w okopach wiersze, zwracając się bezpośrednio do Achillesa i pytając o sens śmierci na polu walki.
– W czasach, które są trudne, klasyczna literatura funkcjonuje dużo mocniej. Po części jest to dowód na jej klasyczność. To znaczy, sięgamy po rzeczy, które nam się wydają wieczne, na których można się oprzeć, ponieważ przez wieki stanowiły oparcie i być może teraz również mogą je dla nas stanowić. Nie ma z tego oczywiście żadnych utylitarnych korzyści. Nikt nie będzie od tego fizycznie zdrowszy ani bezpieczniejszy, ale na pewno w głowach ludzi to działa i nasze czasy doskonale przygotowały się na Homera – opowiada prof. Węcowski.
W czasie I wojny światowej Iliada stała się orężem wojennej satyry. W 1915 r. czołowe berlińskie pismo humorystyczne „Kladderadatsch” regularnie publikowało rysunki przedstawiające konflikt w Dardanelach w szatach homeryckich. Na okładkach witanemu przez Turków niemieckiemu generałowi towarzyszyli achajscy i trojańscy wojownicy, a „Churchilles”, czyli Winston Churchill, przedstawiony został jako zblazowany arystokrata gnuśniejący pod Troją w achajskim namiocie z papierosem w dłoni.
Jednocześnie przedwczesna, heroiczna śmierć Patroklosa stała się w kulturze zachodniej archetypem śmierci na polu walki. Ogłuszony przez Apollona, zabity przez Hektora, bohater ginie w zbroi Achillesa u szczytu swojego bitewnego sukcesu. Właśnie w tym fragmencie Iliady kolejne pokolenia żołnierzy odnajdywały odzwierciedlenie własnego tragicznego losu.
Szczególnie poruszające jest jednak współczesne wykorzystanie eposów. W Ameryce psychiatra kliniczny Jonathan Shay stworzył wyjątkowy program terapeutyczny, używając dzieł Homera do leczenia weteranów wojennych cierpiących na PTSD. Okazało się, że wspólna lektura Iliady i Odysei pomaga żołnierzom przepracować traumę wojenną, utożsamić się z bohaterem i nazwać niewypowiedziane.



Homer w wojnie nowoczesnej
Sięganie po literaturę klasyczną w czasach kryzysu niekoniecznie musi być ucieczką od rzeczywistości. Ukraiński pisarz Ołeksandr Myched w swojej książce Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji zauważył, że choć literatura nie ocala, to najeźdźcy rozumieją płynące z niej zagrożenie, dlatego niszczą biblioteki.
Szczepan Twardoch opisuje cierpienie kobiet podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę antycznym motywem królewny Polikseny. Jednocześnie w Ukrainie powstają tłumaczenia książek Jonathana Shaya Achilles w Wietnamie i Odyseusz w Ameryce.
Homeromancja
W starożytności Homer miał też zupełnie użytkowe zastosowanie. Można było sobie z niego powróżyć, a nawet dzięki recytowaniu odpowiednich fragmentów… uniknąć niechcianej ciąży. Poszczególne wersy zapisywano też na amuletach mających chronić przed skutkami picia alkoholu.
– W bardzo wielu kulturach wróży się z ksiąg o wysokim statusie, zwykle tekstów świętych, np. z Biblii. Sięga to głębiej w starożytność grecko-rzymską, gdzie na przykład bardzo popularne przez długi czas było wróżenie w łacińskiej literaturze z Eneidy Wergiliusza. W greckiej literaturze wróżenie z Homera może przybierać kilka różnych form. Najprostsza jest dokładnie taka, jak wróżenie z Wergiliusza czy Biblii: otwieramy na chybił trafił księgę, odczytujemy jeden wers i na podstawie interpretacji tego wersu wyobrażamy sobie, co nam mówi o sytuacji życiowej, w której się znaleźliśmy. Możliwe jest też zastosowanie magiczne, bardziej praktyczne, gdy jakiś wers ma nam pomóc się nie upić albo nie zajść w ciążę – opowiada badacz.
Oprócz prostego losowania wersów na chybił-trafił, które odczytywano później jako wróżbę, istniała precyzyjna technika odnaleziona na greckich papirusach w Egipcie.
– Istnieją też bardziej specjalistyczne metody, znane z kilku zachowanych papirusów w Egipcie grecko-rzymskim. To specyficzna technika wróżbiarska polegająca na tym, że ktoś wybrał 6x6x6 wersów z Homera i je pogrupował. Następnie rzucając trzykrotnie kostką sześcioboczną, uzyskujemy kolejno liczby, które pozwalają nam odnaleźć w tabeli na bardzo długim papirusie odpowiedni wers, który posłuży nam za wskazówkę, co powinniśmy zrobić w obecnej sytuacji. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy ten sposób stosowali też dzisiaj. Oczywiście odpowiednio ostrożnie – tłumaczy prof. Marek Węcowski.
Filologiczne szaleństwo
W XIX w. filologia klasyczna przeżywała fascynację poszukiwaniem tzw. interpolacji, czyli późniejszych dopisków w tekście poematów.
– Interpolacja, czyli obca wstawka do dzieła literackiego, powstawała, gdy ktoś uznał, że tylko poprawka albo dodanie jakiegoś wiersza w Odysei czy Iliadzie pozwoli nam lepiej zrozumieć kontekst albo wzbogaci opowiadanie. Zdarzają się duże interpolacje mające wprowadzać zupełnie nowe sensy, na których zależało komuś dziesięciolecia lub stulecia później. My takich zjawisk znamy bardzo dużo, podobnie jak badacze zajmujący się literaturą innych epok, jak np. odrodzenia. Ale zwykli czytelnicy dzieł literackich często nie pamiętają, jak wiele w dziejach literatury europejskiej jest fałszerstwa, zarówno całych dzieł przypisywanych jakimś wielkim nazwiskom wiele setek lat później albo takich miejsc interpolacji, które kiedyś ktoś wprowadził. U Homera tego jest bardzo wiele – twierdzi prof. Węcowski.
W środowisku naukowym żartowano wręcz, że żaden szanujący się niemiecki profesor nie usiądzie do śniadania, jeśli nie znajdzie choć jednej nowej wstawki do Homera. Choć metoda była nadużywana, pozwala współczesnym historykom zidentyfikować późniejsze partie tekstu, takie jak dziesiąta pieśń Iliady (tzw. Doloneja) czy modyfikacje w zakończeniu Odysei.
– Wiemy na pewno, że tzw. dziesiąta pieśń Iliady jest późniejsza. Są wyraźne różnice we wrażliwości artystycznej, słownictwie, obrazowaniu poetyckim i strukturalne cechy tej pieśni, które pokazują, że jest to późniejszy kawałek. Drugim, choć bardziej dyskusyjnym, jest zakończenie Odysei. Tu również niektórzy badacze uważają, że duże partie, rozpoczynając od momentu, kiedy Penelopa rozpoznaje Odysa i idą do łóżka, są nieautentyczne. Inni myślą, że całość jest autentyczna, natomiast jeszcze inni, że ta nieautentyczna partia końcowa jest dużo krótsza. Tu również mamy pewność, że coś jest nie tak, ale w tym wypadku być może mamy do czynienia nie tyle z interpolacją, ile z redakcją czy zmianą wprowadzoną później, może przez tego samego poetę. A więc to nie tyle interpolacja, ile autokorekta – opowiada prof. Węcowski.

Nolan na nasze czasy
Najnowsza ekranizacja Odysei w reżyserii Christophera Nolana również udowadnia, że twórczość Homera wciąż ma moc rozgrzewania dyskusji kulturowych i ideologicznych.
Zanim dzieło ukazało się w kinach, atakowały je środowiska skrajnie konserwatywne. Wzięto na celownik m.in. pomysł obsadzenia czarnoskórej aktorki w roli Heleny czy transpłciowego aktora w roli Achillesa. To drugie okazało się po prostu plotką. Rola wspomnianej zaś aktorki okazuje się w filmie bardziej skomplikowana, ale nowa Helena po raz kolejny stała się powodem sporu. Jak w starożytności. Reżyserowi udało się zatem przewrotnie zabawić z grecką opowieścią.
Reżyser zrezygnował też z klasycznego hollywoodzkiego happy endu. Zamiast niego wybrał zakończenie zaczerpnięte z pobocznej greckiej tradycji. Zachodni kurs statku Odysa to również nawiązanie do kierunku greckiej kolonizacji z okresu, gdy powstawała Odyseja. W ten sposób film Nolana staje się opowieścią o zniszczeniu dawnego porządku, gdzie koń trojański przypomina bombę atomową z jego poprzedniego filmu Oppenheimer, jak i o bolesnych narodzinach zupełnie nowego świata.
– I starożytni, i my dzisiaj możemy czytać Odyseję na dwa sposoby. Jeżeli spojrzymy na nią z pewnej odległości, jak Nolan trochę chciał, historycznie. Nie dlatego, żeby rekonstruować historię późnej epoki brązu, tylko próbując odnieść Odyseję do naszych kontekstów, naszego świata. Możemy potraktować Odyseję jako opowieść o zakończeniu pewnej epoki, o upadku pewnego świata, jak i rozpoczęciu, początku nowego świata. I tak też interpretowano poematy Homerowe wiele razy w przeszłości.
Powiedziałbym, że Nolan próbuje trochę zjeść ciastko i mieć ciastko. Pokazać jednocześnie Odyseję jako opowieść o upadku i o początku. A trzeba pamiętać o tym, że kiedy Odys na początku filmu planuje żeglować gdzieś na zachód, tam, gdzie słońce zapada w morze, to jest nic innego jak kierunek podróży kolonizacyjnych Greków w czasach Homera, wcześniej i później, wypraw, w wyniku których Grecy obsiedli Sycylię, południową Italię i dalsze tereny na wybrzeżu Hiszpanii. I ten nowy grecki świat, który w czasach Homera już się porządnie ukształtował, jest również w tym filmie zawarty. To zakończenie ma sensy i starożytne, i historyczne. Nie jest to bynajmniej hollywoodzki happy end – komentuje prof. Marek Węcowski.
O tym i wielu innych kwestiach można przeczytać w książce prof. Marka Węcowskiego Homer na nasze czasy, Znak, 2026.

