„Nie wywołuj wilka z lasu”, „Kto się boi wilka, do lasu nie wchodzi” – w polskich powiedzeniach wilk często pojawia się jako zwierzę z pogranicza ludzkiego lęku i dzikiej przyrody. W praktyce granica między światem ludzi i wilków nie zawsze jest jednak tak wyraźna. Zwłaszcza wtedy, gdy wilk przestaje zachowywać dystans.
Taki przypadek opisali badacze z Instytutu Biologii Ssaków PAN oraz Uniwersytetu Warszawskiego. Przeanalizowali historię wilczycy Gudrun, która pojawiała się w Białowieży, podchodziła blisko ludzi i wchodziła w interakcje z domowymi psami. Dlaczego takie zachowanie uznaje się za problemowe? Skąd może się brać? I co ten pojedynczy przypadek mówi o naszej odpowiedzialności za relacje z dziką przyrodą?
Nie taki wilk straszny…
Typowy wilk unika kontaktu z człowiekiem. Standardowo oznacza to, że gdy spostrzeże ludzi na minimalnym średnim dystansie około 106 metrów (aż do 248!), ucieknie. Wilki, które zbliżają się na odległość 30 metrów lub mniej, uznaje się za wilki „problemowe”.
Nie chodzi wyłącznie o samo skracanie dystansu. Przekłada się ono bowiem na cały zestaw zachowań, które możemy określić jako śmiałe, tudzież zuchwałe (z ang. bold). Stąd wynika szereg problemów. Dla ludzi, którzy mogą się bać – o siebie lub swoje zwierzęta. Dla wilków, które wskutek swojej śmiałości mogą stać się celem polowań. I wreszcie dla badaczy dzikiej przyrody, którzy muszą zadać sobie pytanie: skąd bierze się takie zachowanie i co można z nim zrobić?
Pod koniec 2020 roku w Białowieży zaczęto obserwować wilka, który zachowywał się inaczej niż typowe dzikie wilki z tego regionu. Pojawiał się także za dnia, nie uciekał od razu na widok ludzi.
Ponieważ w Puszczy Białowieskiej od lat prowadzone są badania nad wilkami, a w samej Białowieży działała sieć obserwacji terenowych, przypadek ten szybko stał się dla naukowców ważnym studium nietypowego zachowania dzikiego drapieżnika.
Wilk okazał się wilczycą. Gudrun, bo takie imię nadali jej naukowcy, przejawiała typowe dla „problemowych” wilków zachowania: podchodziła do ludzi na bliską odległość (około 30 metrów), a także wchodziła w interakcję z domowymi psami. W większości przypadków dokazując i beztrosko się bawiąc, jednak w jednym przypadku doszło także do ataku.
Ważna była nie tylko sama wilczyca, jako obiekt badania, lecz także miejsce, w którym ją obserwowano. W bezpośredniej okolicy Białowieży żyją co najmniej dwie wilcze grupy rodzinne, każda licząca nawet do 15 osobników. Wilczyca pojawiła się więc w przestrzeni, w której nakładają się trzy światy: mieszkańców wsi, ich domowych zwierząt oraz dzikich wilków.
Aby badanie w pełni ujawniło skalę oraz naturę człowieczo-wilczych spotkań, by zrozumieć ten przypadek, naukowcy połączyli kilka metod badawczych. Sprawdzili pochodzenie genetyczne Gudrun, przeanalizowali jej dietę na podstawie wibrysów – długichwłosów czuciowych rosnących na pysku – i odchodów, wykorzystali dane z fotopułapek, a także uwzględnili „czynnik ludzki”. Rozesłali kwestionariusze do osób, które spotykały wilki w Białowieży i jej okolicach. Pytali m.in. o okoliczności spotkań, odległość od zwierzęcia, czas trwania obserwacji, obecność psów oraz poziom odczuwanego strachu.
– Aspekt społeczny to była nowość. Bardzo często ci ludzie są pomijani. A dla nas to, w jaki sposób reagują czy czują się zagrożeni, czy nie – jest niesamowicie ważne. Zwiększone poczucie zagrożenia to informacja, że w jakiś sposób należy dostosować metody ochrony. Można przykładowo zwiększyć działania edukacyjne, ale wszystko zależy od tego, jaki postawimy sobie ogólny cel. Co chcemy tak właściwie zrobić? Wiemy, co trzeba robić, żeby populacja wilków miała się dobrze. Wystarczy do nich nie strzelać lub np. odtwarzać korytarze ekologiczne. Natomiast przede wszystkim trzeba zacząć od ludzi, żeby zmniejszyć strach i lęk – mówią Kinga Stępniak oraz Piotr Chibowski z Wydziału Biologii UW.
Badacze wykorzystali sieć 24 fotopułapek ustawionych przy trasach, którymi wilki mogły wchodzić do wsi, oraz w miejscach wcześniejszych obserwacji. Porównali sezon z obecnością Gudrun z sezonem kontrolnym, już bez niej. W obu okresach uzyskali łącznie 146 niezależnych rejestracji wilków.
Różnica była wyraźna. W 2021 roku, gdy Gudrun przebywała w Białowieży, pojedyncze wilki pojawiały się na nagraniach około ośmiu razy częściej niż w sezonie kontrolnym. Aktywność wilczych grup rodzinnych pozostawała natomiast podobna.
Innymi słowy, problem dotyczył przede wszystkim pojedynczego osobnika, a nie całej lokalnej populacji.

… ale jak go malują?
Aby zrozumieć, skąd mogły brać się nietypowe zachowania Gudrun, badacze zaczęli od podstaw: wieku, pochodzenia i ewentualnej domieszki genów psa. Na podstawie stanu uzębienia oszacowali, że wilczyca miała około trzech lat.
Następnie porównali jej materiał genetyczny z 58 próbkami wilków z Polski, Litwy i Białorusi. Wynik wskazał na bardzo silne podobieństwo do populacji białoruskiej – z prawdopodobieństwem około 99 proc.
Równie ważne było to, czego w DNA Gudrun nie znaleziono. Analizy nie potwierdziły istotnej domieszki genów psa: w jednym z modeli prawdopodobieństwo przypisania jej do grupy wilków wyniosło 98 proc., a do grupy psów tylko 2 proc.
Dodatkowy test sklasyfikował ją jako wilka, nie hybrydę.
Kolejnym tropem stała się dieta zapisana w wibrysach. Te długie włosy czuciowe, w odróżnieniu od zwykłej sierści, rosną cały czas, dlatego można potraktować je jak biologiczne archiwum diety. To, co znajduje się bliżej skóry, jest najnowsze, a to, co dalej od skóry – starsze.
W przypadku Gudrun badacze podzielili wibrys na 12 fragmentów, z których każdy odpowiadał mniej więcej dwóm tygodniom życia zwierzęcia. Dzięki temu mogli odtworzyć zmianę jej diety na około 167 dni przed odłowieniem.
Naukowcy sprawdzili, jaki „chemiczny ślad” zostawiło jedzenie w kolejnych fragmentach wibrysa. Różne rodzaje pokarmu mają różne sygnatury izotopowe, czyli charakterystyczne proporcje odmian tego samego pierwiastka. Dzięki temu można odtworzyć, czy zwierzę jadło głównie dziką zdobycz, czy korzystało z pokarmu związanego z człowiekiem.
– Wykorzystaliśmy to, że kukurydza jest dobrym miernikiem diety antropogenicznej. Fizjologicznie kukurydza jest zupełnie odmienna od wszystkich innych roślin, które występują w Polsce, bo ma inny rodzaj fotosyntezy. To jest roślina suchych, gorących regionów, więc ona inaczej fotosyntetyzuje, inaczej obrabia węgiel i w związku z tym izotopowy sygnał węgla też jest inny. To jest wszędobylskie w naszym pokarmie, choćby jako syrop glukozowo-fruktozowy, i dotyczy także paszy. Zwierzęta gospodarskie mają więc właściwie wszystkie ten rodzaj sygnatury. Ostateczny wynik, który otrzymaliśmy, to jest wypadkowa różnych rodzajów pokarmu, które zwierzę spożywa w danym czasie. Porównaliśmy go do wyników osobników dzikich i osobnika, który całe życie mieszkał w ośrodku rehabilitacji w Biebrzańskim Parku Narodowym. No i wyszło nam, że Gudrun miała w swoim czasie historię diety, nazwijmy to, „odczłowieczej”. Z kolei już w tym czasie białowieskim, a przynajmniej na końcu, żywiła się typowym pokarmem wilczym, czyli dzikimi ssakami – tłumaczy biolog z UW.
Ten sam kierunek pokazywała analiza odchodów. W próbkach genetycznie powiązanych z Gudrun znaleziono szczątki jeleniowatych, czyli typowej dzikiej zdobyczy wilków. Badacze zwracali jednak uwagę, że wcześniejszy kontakt z pokarmem pochodzącym z otoczenia człowieka można czasem rozpoznać także po samym wyglądzie odchodów.
– Jej odchody na początku były specyficzne w swojej konstrukcji. Widać olbrzymią różnicę, kiedy wilk zjadł coś pochodzenia naturalnego, np. jelenia, bo po prostu skład kupy jest zupełnie inny, tak samo jej konsystencja. Takie „dzikie” odchody to jest tylko sierść i kości właściwie. Natomiast te pozostałości odludzkie to chociażby więcej śluzu, więcej jakichś dziwnych, trudnych do określenia rzeczy – dodaje mgr inż. Stępniak.
Uzyskane wyniki, w połączeniu z ustaleniami analiz genetycznych, ukształtowały obraz przeszłości Gudrun, który w dużej mierze tłumaczył źródła jej „problemowych” zachowań.
Badacze wskazują, że na Białorusi i w Rosji zdarzają się przypadki odławiania młodych wilczków i trzymania ich w niewoli. Zwierzęta mogą być później wykorzystywane m.in. do tworzenia hybryd z psami, do szkolenia do polowań.
Naukowcy wnioskują, że białoruskie pochodzenie wilczycy oraz fakt, że na wczesnym etapie życia żywiła się przede wszystkim mięsem zwierząt hodowlanych, zaś później mięsem zwierząt dzikich, sugerują, że urodziła się ona w niewoli, uciekła z niewoli lub została celowo wypuszczona na wolność.
Nie sposób dziś stwierdzić, jak dokładnie wyglądała historia Gudrun. Taki scenariusz dobrze tłumaczyłby jednak jej późniejsze zachowanie: mniejszy dystans wobec człowieka i wyraźne lgnięcie do kontaktu z psami. Jeśli wilczyca spędziła wcześniejszy etap życia w otoczeniu ludzi lub psów, mogło to zaburzyć jej naturalne reakcje wobec jednych i drugich.
Badanie nie byłoby jednak kompletne bez sprawdzenia, jak obecność wilków odbierali mieszkańcy. W Białowieży i jej okolicach rozesłano kwestionariusze do osób, które spotykały wilki. Pytano m.in. o liczbę takich spotkań, ich okoliczności, czas trwania, odległość od zwierzęcia, obecność psów oraz poziom odczuwanego strachu.
Mieszkańcy opisali łącznie 58 spotkań. Dochodziło do nich zarówno poza zabudowaniami, m.in. na polach, łąkach i w lasach, jak i na terenie samej wsi; zarówno w dzień, jak i w nocy. Zazwyczaj trwały od kilku do kilkudziesięciu minut, a dystans między człowiekiem a wilkiem wynosił od 2 do 400 metrów. Poziom strachu był najczęściej określany jako niski.
Sytuację wyraźnie zmieniała obecność psa. Spotkania z wilkiem odbywały się wtedy średnio z mniejszej odległości, a mieszkańcy deklarowali większy niepokój.
Same wilki nie reagowały jednak na psy jednakowo: przy małych psach częściej zachowywały się unikowo, natomiast przy średnich i dużych reakcje były bardziej neutralne.
W przypadku Gudrun badacze zwracali też uwagę, że wiele jej kontaktów z psami miało charakter zabawowy, co może wskazywać, że wcześniej znała takie zwierzęta.


Wilk cały i owca cała
Gudrun nie była wilkiem, który po prostu zabłądził przy wsi i po chwili wrócił do lasu. Przez dłuższy czas pojawiała się w Białowieży i tolerowała obecność ludzi. Jednocześnie badanie nie pozwala stwierdzić, dlaczego nie funkcjonowała w lokalnej wilczej grupie rodzinnej ani jak dokładnie wyglądała jej wcześniejsza historia.
Po nieudanych próbach odstraszania lokalne władze uzyskały zgodę na jej odłów i przeniesienie. Gudrun została schwytana i trafiła pod opiekę poznańskiego Zoo.
Może to nie jest szczęśliwe zakończenie w bajkowym sensie, nawet największa woliera nie będzie dla wilka dość duża, w naturalnych warunkach pokonuje on bowiem dziesiątki kilometrów każdego dnia. Ale w tej konkretnej sytuacji pozwoliło ograniczyć ryzyko dalszych konfliktów – bez zabijania zwierzęcia.
Dla badaczy najważniejsza lekcja z tej historii jest jednak szersza: takich przypadków nie da się rozwiązywać jednym automatycznym schematem. Trzeba sprawdzić zachowanie konkretnego zwierzęcia, jego możliwą historię, lokalny kontekst i reakcje mieszkańców.
Zwłaszcza że źródłem nietypowych zachowań wilków bardzo często okazuje się nie „dzikość”, lecz wcześniejszy kontakt z człowiekiem: dokarmianie, odpady, psy albo trzymanie dzikich zwierząt w niewoli.
– To nie jest kwestia jednego odgórnego rozwiązania, tylko szeregu małych zmian. Dobrym przykładem jest Gdynia, gdzie powstał Zespół ds. Dzikich Zwierząt. Założenia tego zespołu są takie, żeby właśnie wprowadzić dużo małych zmian, które doprowadzą do naszego dostosowania się do dzikiej przyrody. Jednocześnie trzeba jednak oczekiwać odpowiedzialności od pojedynczych obywateli. Chodzi o odpowiedzialność za własne zwierzęta, ale także np. wyrzucanie śmieci. W budownictwie jednorodzinnym tego się nie da załatwić odgórnie. Można oczywiście pomóc, ale świadomość musi być przede wszystkim u samych mieszkańców. Jeżeli nie zmienimy naszych przyzwyczajeń, to zwierzęta będą z tego korzystać. Jeżeli jest atraktant, to zwierzęta będą do niego przychodzić. Atraktantem jest jedzenie, niezabezpieczony pies, wszelki dostęp do pożywienia. I to się nie zmieni, dopóki my sami nie wykonamy kroku, żeby to zmienić – mówią badacze.


