Jeszcze do niedawna informacja miała moc, by obalać rządy i zmieniać kursy wojen. Jedna z medialnych legend głosi, że gdy w 1968 r. Walter Cronkite stwierdził na wizji, że wojna w Wietnamie utknęła w martwym punkcie, prezydent USA Lyndon B. Johnson odebrał to jako sygnał utraty poparcia całej amerykańskiej klasy średniej. Uznał, że jeśli wpływowy dziennikarz, który cieszył się dużym autorytetem w społeczeństwie, publicznie kwestionuje sens wojny, może to odbić się na jego szansach politycznych i wizerunku rządu.
Inna historia głosi, że gdy rosyjska opinia publiczna dowiedziała się o rzeczywistej skali strat w trwającej przeszło dekadę wojnie w Afganistanie, przyczyniło się to do upadku Związku Radzieckiego. Gdy w Polsce w 2002 roku, po serii dziennikarskich publikacji, wybuchła tzw. afera Rywina, przesądziło to na kolejne dekady o zepchnięciu lewicy do politycznego niebytu. Idiomatyczne miano „czwartej władzy” nie wzięło się znikąd.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. O ile informacje są łatwiej dostępne niż kiedykolwiek wcześniej, ich znaczenie i waga drastycznie zmalały. Co więcej, nieustanna ekspozycja na medialne doniesienia coraz mocniej wpływa negatywnie na nasz stan psychiczny.
Medioznawcy, śledząc te zmiany, starają się znaleźć rozwiązania, które pomogą odbiorcom odzyskać zaufanie, spokój i świadomie korzystać z mediów – tak aby nie kończyło się to impulsywną ucieczką w Bieszczady, a na powrót ochotą na to, by być poinformowanym.
Niestabilne, niepewne, złożone i niejednoznaczne
Dr hab. Alicja Waszkiewicz-Raviv z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW przeprowadziła analizę tego, jak medioznawcy opisują media i ich rolę w społeczeństwie. Celem było nie tylko prześledzenie, jak zmieniła się natura newsa na przestrzeni ostatnich dekad, lecz także pokazanie, jak formułuje się propozycje propagujące pozytywne korzystanie z mediów w dzisiejszym świecie. W tym celu wykorzystała narzędzia analityczne Web of Science i Google Trends oraz przegląd najnowszej literatury z zakresu psychologii mediów i teorii komunikacji.
Jeszcze do niedawna informacja, dostęp do niej, była czymś pożądanym i dobrym. Jako uczestnicy i współtwórcy społeczeństwa informacyjnego, „będąc na bieżąco”, mogliśmy poszerzać swoją wiedzę, a co za tym idzie, lepiej budować społeczeństwo obywatelskie, przyczyniając się do ogólnego postępu. Dzisiaj rzecz ma się zgoła inaczej, co widać wyraźnie, gdy porównamy, jak wyglądały dawniej pierwsze strony gazet z tym, jak wyglądają strony główne największych portali informacyjnych.
Dzisiejszy krajobraz komunikacji medialnej opisuje się skrótowym terminem VUCA (volatile, uncertain, complex, ambiguous). To świat, który jest niestabilny, niepewny, złożony i niejednoznaczny.
Niestabilny, bo jeden trend goni kolejny, jak w kalejdoskopie zmieniają się nie tylko treści nagłówków, ale także sposoby i platformy ich udostępniania.
Niepewny, bo każdy uczestnik komunikacji może być na pozór równie wartościowym autorytetem – post na Twitterze polityka, eksperta i zwykłego zjadacza chleba ma właściwie taką samą siłę oddziaływania.
Złożony, bo nie żyjemy już w świecie, gdzie na palcach jednej ręki policzymy wydawców, a na palcach dwóch rąk liczbę programów telewizyjnych. Mediów są tysiące; każde walczy o naszą uwagę, a do wielu przekazów komunikacji włączamy się w trakcie ich trwania, często nie mogąc nawet dowiedzieć się, gdzie temat ma źródło.
Niejednoznaczność informacji najpełniej ujawnia się w braku zaufania widzów i słuchaczy do nadawców. Coraz rzadziej wiadomo, kto do nas mówi i dlaczego, a coraz częściej zastanawiamy się, jaki ma w tym ukryty interes. Co więcej, wiele przekazów choć wyglądają jak informacje, w rzeczywistości są reklamą lub materiałem promocyjnym.
– Newsy dziś bardziej przeszkadzają, niż pomagają, a chcielibyśmy, żeby było inaczej, bo mimo wszystko potrzebujemy informacji. Wszystkiego jest więcej, a jak jest więcej, to jest trudniej o strukturę, o wiedzę, o prawdę i o zrozumienie – mówi dr hab. Alicja Waszkiewicz-Raviv.
– My mamy gdzieś w nas takie sokratejskie przekonanie, że jak się dowiem i gdzieś dotrę, dzięki informacji, to poszerzę wiedzę. To jest pokłosie patrzenia z początków medioznawstwa. Kiedy powstawały masowe media i powstawały modele, według których informacja jest od kogoś do kogoś, ma jakiś kanał i ma efekt, i że można go zmierzyć – takie liniowe, strukturalne widzenie, oparte na tym, że jeśli zbiorę więcej informacji, to będę więcej wiedzieć, a to mnie zbliży do prawdy. Próbuję złapać napięcie pomiędzy tym, że już tak nie jest, ale wciąż jest w nas taka potrzeba i mocne przekonanie, że jak się człowiek więcej dowie, to będzie mądrzejszy. Tylko że dziś to już nie działa – tłumaczy badaczka.

Czym jest dobrostan informacyjny?
Na podstawie tych obserwacji w medioznawstwie rozwija się podejście oparte na pozytywnej psychologii mediów. Zamiast traktować media jako neutralne źródło informacji, podejście to zwraca uwagę na wszystkie społeczne powiązania i relacje, które wpływają na to, jak odbieramy przekazy medialne.
Jednym z głównych celów tej perspektywy jest zadbanie o dobrostan informacyjny odbiorców. Innymi słowy, chodzi o to, by ludzie mogli korzystać z informacji w relatywnie zdrowy i przyjemny sposób – nie czuli się przytłoczeni nadmiarem newsów, nie tracili poczucia sensu. Powstaje pytanie, co możemy zrobić lub co musi się stać, aby w dzisiejszym świecie, rządzonym przez algorytmy, mikrotrendy i big data możliwe było takie zdrowe obcowanie z wiadomościami, a w najlepszym scenariuszu przywrócenie mediom ich pozytywnej roli w społeczeństwie.
Badanie dr hab. Waszkiewicz-Raviv pokazuje, jak szczególnie dwa pojęcia mogą być w osiągnięciu tego celu pomocne.
Pierwsze z nich to tzw. rezyliencja (z ang. resilience) odbiorców mediów. Od 2016 r. zainteresowanie tym pojęciem w internecie nieustannie rośnie (dane Google Trends). Odnosi się ono do różnie rozumianej odporności odbiorców na zagrożenia wynikające ze specyfiki świata VUCA.
Odporność dotyczy nie tylko poszczególnych osób, ale także grup i całych społeczeństw. Tworzą ją cechy jednostek, ich zachowania oraz procesy pozwalające utrzymać już wykształconą odporność.
Na przykład, czytając artykuł w internecie, możemy sprawdzić, kto jest jego autorem. To pierwszy krok o zadbanie o swój dobrostan. Kolejnym – już znacznym – będzie korzystanie z agregatorów newsów (czyli serwisów zbierających wiadomości z różnych źródeł w jednym miejscu) lub świadome narzucenie sobie limitów w korzystaniu z mediów. Odporność buduje się stopniowo mając pewne cechy i zachowania bazowe.
Drugie pojęcie to tzw. poczucie koherencji (z ang. sense of coherence). W odróżnieniu od rezyliencji, nie dotyczy ono samej odporności, lecz tego, jak reagujemy, gdy już przyswoimy informację.
Od naszej odporności zależy, czy nasz dobrostan informacyjny jest zagrożony, a od poczucia koherencji zależy, jak sobie z tym zagrożeniem będziemy radzić.
Na koherencję składają się trzy elementy: zrozumiałość, zaradność i sensowność. Jeśli informacje są dla nas zrozumiałe, potrafimy się w nich poruszać i wierzymy, że nasze życie oraz życie innych ma sens – wtedy możemy mówić o poczuciu koherencji.
Problemy ze współczesną mediasferą polegają jednak właśnie na tym, że newsy często nie są zrozumiałe, poruszanie się w świecie informacji bywa trudne i wyczerpujące, a wiele przekazów nie daje poczucia sensu, tylko wzbudza cynizm i poczucie zagubienia.
– To jest trochę tak, że rezyliencja czy poczucie koherencji nie polegają na tym, że ja w ogóle wycofuję się z konsumpcji mediów, że unikam mediów i informacji.Polegają na tym, że funkcjonuję jako pewien strażnik samego siebie, że mogę uwierzyć w to, iż posiadam pewne kompetencje – i mogę mieć je realnie – do tego, żeby móc wybierać, np. poprzez próby dywersyfikacji źródeł albo higienę cyfrową. Z higieną medialną jest trochę tak jak z myciem zębów. Słodycze są fajne, dobrze jeść rzeczy, które nam smakują, ale dobrze jest jednak dwa razy dziennie umyć zęby. A do 12. roku życia to nawet dobrze, żeby rodzic towarzyszył w tym myciu zębów. Nie rodzimy się z uważnością na siebie. Ważne, żeby rodzic uczył dbać o siebie w mediasferze.Dziś daje się telefony sześciolatkom, których zasoby poznawcze naprawdę dopiero się kształtują – tłumaczy badaczka.

Siła wspólnoty, czyli wyjdźmy dotknąć trawy
Badania dr hab. Waszkiewicz-Raviv pokazują, że pojęcie rezyliencji i poczucie koherencji zyskują na znaczeniu w pozytywnej psychologii mediów. I chociaż medioznawcy wciąż zbierają szczegółowe dane dotyczące odporności na szum medialny, to już widać, że rezyliencja i poczucie koherencji są kluczowe dla dobrostanu informacyjnego.
Administracyjna kontrola mediasfery pozostaje poza naszą kontrolą. Możemy jedynie liczyć na to, że politycy i same media podejmą kroki na rzecz tego, aby przestrzeń komunikacyjna była miejscem bardziej przyjaznym, a przynajmniej mniej szkodliwym.
Możemy jednak sami o siebie zadbać w świecie przeciążenia informacyjnego. Jak to zrobić? Świadomie wybierać i weryfikować źródła informacji, korzystać z agregatorów newsów, ustalać własne limity czasu spędzanego w mediach, filtrować reklamy i treści promocyjne oraz dywersyfikować źródła, by uniknąć bańki informacyjnej.
– Mechanizm mediów społecznościowych, które dają nam cyfrowe cukierki pokazuje, że ludzie bardzo lubią jeść słodycze i zawsze będą jeść słodycze. Chodzi o to, żeby być tym dentystą medialnym i powiedzieć co jakiś czas: dobra, cukierki są ok, ale umyj zęby. Czyli zrób coś dla siebie. Idź wyprowadzić tego „mitycznego” psa, idź do parku pogadać z innym psiarzem, który może być innej opcji politycznej i okaże się, że się dogadujecie co do tego, jak tego psa karmić, choć różnicie się co do tego, na jakich głosujecie polityków. I okazuje się, że są rzeczy, co do których się zgadzamy, bo jako ludzie mamy pewne wartości, które są uniwersalne – kontynuuje uczona.
Ważne jest rozwijanie umiejętności sensownego przyswajania wiadomości – warto wybierać treści zrozumiałe i użyteczne oraz szukać w nich praktycznego i kojącego znaczenia. Nie bez znaczenia pozostaje aspekt społeczny. Rozmowy z innymi, spotkania i dyskusje poza mediami pomagają nam utrzymać poczucie kontroli i równowagi. Choć nie wszystko w przestrzeni medialnej da się kontrolować, takie kroki pozwalają odbiorcom odzyskać spokój, świadomie korzystać z informacji i faktycznie czerpać z nich wartość.
– Mamy cały ten smog medialny i masę ludzi, którzy żyją w przeciążeniu i wciąż szukamy takiego wywietrznika, który nam to powietrze oczyści i znowu będziemy żyć w przestrzeni czystego powietrza. Ja raczej jestem zwolenniczką tego, że skoro żyjemy i tak w całym tym smogu, to nauczmy ludzi wkładać co jakiś czas maski gazowe albo otwierać okno. To są zachowania, które sprawią, że odetchną, wyregulują się i zobaczą ludzi, którzy są wokół nich i razem albo wyjdą z tego miejsca, albo coś zrobią z tą przestrzenią, żeby ją trochę „oddymić” z nadmiaru treści medialnych – podsumowuje badaczka.
