W latach 70. mięso stało się symbolem sukcesu i nowoczesności. Wystarczyło dziesięć lat, by jego konsumpcja w Polsce na osobę rocznie wzrosła z 52,6 w 1970 r. do 74 kilogramów w 1980 r. (z podrobami, bez nich – 69 kg). Był to historyczny rekord, do którego wróciliśmy dopiero po 2006 roku. W 2022 roku według danych GUS spożycie wynosiło 78,7 kg mięsa na osobę (łącznie z podrobami, bez podrobów – 73,4 kg).
Przed pięćdziesięcioma laty w świadomości społecznej dostęp do schabu czy szynki przestał być luksusem. W czasach Gierka mięso stało się nie tylko elementem diety, ale też wskaźnikiem społecznego awansu. Coś się jednak przy tym nieodwracalnie zmieniło – nasze podejście do zwierząt.
W czasach stalinowskich opowiadano o krowach-bohaterkach i buhajach-rekordzistach, które miały imiona, historię i miejsce w propagandzie (jak słynny buhaj Geeltje’s Adema). Jednak wraz z rozwojem chowu przemysłowego na przełomie lat 60. i 70. zwierzęta zaczęły znikać z pola widzenia. Pozostały liczby: kilogramy mięsa, wydajność mleczna, zużycie paszy.

Nagły wzrost spożycia mięsa nie był tylko zmianą nawyków żywieniowych – wiązał się z głęboką przemianą relacji między ludźmi a zwierzętami. Proces ten analizuje dr Gabriela Jarzębowska z Wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego.
Badaczka sprawdza jak logika masowej produkcji mięsa przekształciła sposób postrzegania zwierząt gospodarskich. Korzystając z materiałów archiwalnych, książek, prasy branżowej, filmu, protokołów polustracyjnych NIK-u i dokumentacji PGR-ów, odwiedzając miejsca niegdysiejszych hodowli, ubojni i spalarni, śledzi nie tylko rozwój przemysłowych ferm, ale też zmiany języka i wyobraźni – pokazując, jak dawne Mućki i Felusie zamieniły się w „materiał zwierzęcy” i „surowiec do uboju”.


Fabryka mięsa
Rozwój chowu przemysłowego w Polsce nie był przypadkiem – był częścią politycznej strategii Edwarda Gierka. Władze PRL-u uznały mięso za kluczowy składnik społecznego dobrobytu i narzędzie budowania poparcia.
Aby zrealizować obietnicę pełnych półek, sięgnięto po zachodnie technologie hodowli oraz pasze z importu, głównie ze Stanów Zjednoczonych. W ciągu niespełna dekady liczba zwierząt w fermach przemysłowych wzrosła lawinowo, podobnie zresztą jak zadłużenie zagraniczne (z 1 mld w 1970 r. do 26 mld dolarów w 1982 r.).
W 1972 roku istniały 2 fermy przemysłowe świń, w których znajdowało się 34 500 zwierząt, co stanowiło 0,2 % świń w kraju i 1 ferma krów mlecznych na 800 krów (ale do tego były jeszcze 4 fermy bydła opasowego, gdzie przebywało 9 700 zwierząt).
Jednak w 1981 roku, fermy przemysłowe trzymały już jedną trzecią wszystkich świń w PGR – ponad 1,3 miliona sztuk w 78 fermach – oraz jedną szóstą krów w PGR, czyli ponad 116 tysięcy zwierząt w ponad 200 fermach. Plus 93 fermy bydła opasowego, gdzie żyło ponad 238 tys. zwierząt.
– Mięso było czymś wyjątkowym, do czego się dążyło i o czym się marzyło. Władze PRL-u zdawały sobie sprawę, że dostępność mięsa, a od lat 70. także jego jakość, są dla ludzi absolutnie kluczowe. Charakterystyczne było to, że braki mięsa oznaczały początek niepokojów społecznych. W momentach wzmożenia, gdy rozpoczynały się protesty przeciwko władzy, których powodem były rozmaite represje wobec społeczeństwa, iskrą stawała się podwyżka cen mięsa – opowiada dr Jarzębowska.
Szybki rozwój okazał się jednak kosztowny. Krajowa produkcja roślinna nie była w stanie wyżywić tak licznego inwentarza, a masowy import zboża (9 milionów ton rocznie w 1980 r.) wpędził państwo w spiralę zadłużenia i uzależnił od światowych rynków. Władze zyskały wszechobecne mięso – ale ceną był kryzys paszowy, który zachwiał fundamentami całego systemu.
Ostateczny cios dla ferm przemysłowych zadało wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku i nałożone przez kraje zachodnie sankcje gospodarcze. Odcięcie od dostaw zachodniego zboża uniemożliwiło funkcjonowanie ferm, co doprowadziło do załamania produkcji i kryzysu mięsnego w latach 80.

Od Felusia do „materiału zwierzęcego”
Wczesny PRL (1945-1956) opowiadał historię zwierząt przez pryzmat sukcesu i osobowości. Krowy miały imiona, indywidualne osiągnięcia produkcyjne i „życiorysy” godne propagandowych biogramów. Jednak już wkrótce narracja ta miała zniknąć. Nastąpiło ekstremalne uprzedmiotowienie zwierząt.
– Indywidualizacja zwierząt była obecna w materiałach, które badałam jeszcze na początku PRL-u i ona nie zniknęła nagle. To był pewien proces. Wydaje mi się, że kluczowym momentem stało się właśnie wprowadzenie chowu przemysłowego na przełomie lat 60. i 70. Tak naprawdę cały ten system był formą fabryki, a zwierzęta stały się maszynami do produkcji – mówi dr Jarzębowska.
Mięso stało się produktem odcieleśnionym, gotowym do obróbki i teoretycznie dostępnym bez ograniczeń.
Zmieniał się nie tylko sposób chowu, ale też język. Znalazło to odzwierciedlenie w nowej, stechnicyzowanej terminologii. Feluś czy Mućka stały się „materiałem zwierzęcym”, „surowcem do uboju”. Między dokumentami hodowlanymi lat 40. a tymi z końca lat 70. można zaobserwować radykalne przesunięcie od nazw własnych ku „eliminowaniu z produkcji sztuk wadliwych” czy „materiałowi wsadowemu dla ferm przemysłowych”.
Pozbawione imion zwierzęta oznaczone zostały numerami i potraktowane jak grupy technologiczne w systemie potokowym, w którym produkt przechodzi przez kolejne stanowiska pracy bez przerw, zgodnie z sekwencją operacji technologicznych. Indywidualnością przestało być jedno konkretne zwierzę, a stała się nią grupa np. krów.
Badaczka zwraca uwagę na komplementarność badanych przeze nią procesów z procesem opisanym przez Norberta Eliasa, który tenże socjolog nazwał procesem cywilizacji. Jednym z jego składowych jest zamiatanie brutalnych aspektów ludzkiej egzystencji, takich jak śmierć i cierpienie, pod dywan.
Na przykład, o ile dawniej u rzeźnika można było zobaczyć całe fragmenty zwierząt, łącznie z głową świni wiszącą na haku, dziś przemoc ta jest konsekwentnie kamuflowana poprzez sterylne, zapakowane plastry mięsa. W efekcie zniknęła nie tylko fizyczna obecność zwierzęcia, ale i świadomość, że mięso jest czymś ograniczonym.
– Nie chcemy mieć kontaktu z tymi nieprzyjemnymi aspektami życia – śmiercią i cierpieniem. Natomiast bardzo chętnie korzystamy z efektów tych procesów. Dawniej dla ludzi było normalne, że żeby mieć mięso, trzeba zabić zwierzę. Dzisiaj niby to wiemy, ale jednak niechętnie o tym pamiętamy – opowiada dr Jarzębowska.





Kryzys wyobraźni
Eksperyment z fermami przemysłowymi w latach 70. miał tragiczne konsekwencje nie tylko dla gospodarki i zwierząt, lecz także wyobraźni społecznej. Ustanowione wtedy wzorce konsumpcji mięsa okazały się trwałe.
Pomimo późniejszego spadku spożycia w latach 80. i 90., związanego ze wspomnianym kryzysem i kosztami transformacji, pragnienie nieograniczonego dostępu do mięsa pozostaje wciąż głęboko zakorzenione w Polakach. Jakiekolwiek propozycje ograniczenia konsumpcji w dzisiejszych czasach, np. ze względów ekologicznych, natychmiast wywołują szeroki sprzeciw społeczny.

Polityka żywnościowa PRL-u w latach 70. okazała się przejawem kryzysu wyobraźni. Władza nie była w stanie wyobrazić sobie alternatywnych, zrównoważonych modeli produkcji żywności. W rezultacie w świadomości społecznej utrwaliło się przekonanie o fizycznej bezgraniczności dostępu do mięsa, a wszelkie ograniczenia są postrzegane jako wynik złego zarządzania, a nie obiektywnych ograniczeń systemu żywnościowego.
– Ludzie zaczęli po wojnie, zwłaszcza w latach 70., postrzegać mięso jako coś na kształt praw człowieka. Jeśli władza nie dostarczy mięsa, oznacza to, że coś z tą władzą jest nie tak. Nie myślano o tym, że zwierząt jest ograniczona ilość, że istnieją ograniczenia metaboliczne, że aby wyprodukować kilogram mięsa, należy odpowiednio zwiększyć produkcję roślinną. Jest to generalnie bardzo nieekonomiczne na poziomie zarówno energetycznym, jak i finansowym. Przestało to docierać do społeczeństwa, przede wszystkim dlatego, że stało się ono coraz bardziej społeczeństwem miejskim. Czy mieszkańcy dużych miast zdają sobie sprawę, ile czasu, ale też energii, pracy i zasobów zajmuje utuczenie świni? – zauważa badaczka.
Zjawiska opisywane przez dr Jarzębowską wiążą się z tym, co badaczka nazywa kryzysem wyobraźni – czyli niezdolnością do myślenia o żywności w innych kategoriach niż te, które narzuciła masowa produkcja.
Nawet zmagając się z wyzwaniami, takimi jak obecny kryzys klimatyczny, którego hodowla przemysłowa jest istotną częścią, ludzie mają tendencję do podążania za tymi samymi wzorcami, które doprowadziły do problemu.
Mięso przestało być luksusem – stało się obowiązkiem państwa.

