Dr Agnieszka Marzęda z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego przyjrzała się temu, jak trolle działają w mediach społecznościowych i jak różne strategie wykorzystują do zakłócania internetowych rozmów.
Analizowała m.in. treści z Facebooka, Twittera/X, Instagrama i YouTube’a. Efektem jej pracy jest klasyfikacja trollingu – pokazuje, że mamy do czynienia nie z jednym prostym zjawiskiem, ale z całym zestawem praktyk: od żartu i prowokacji po manipulację, dezinformację i działania ideologiczne.
Wyniki badania dr Marzęda opisuje w artykule Diversity and complexity of online trolling: an extended classification and analysis of social consequences, opublikowanym w czasopiśmie Media Biznes Kultura. Impulsem do zajęcia się tematem była jedna z konferencji poświęconych cyberprzemocy.
– Słuchałam różnych wystąpień i doszłam do wniosku, że każdy widzi to trochę inaczej. Często używane pojęcia nie są do końca sprecyzowane. Poczułam niedosyt – tłumaczy badaczka.
Ciemna strona sieci
Zanim w ślad za autorką przyjrzymy się odmianom trollingu, warto powiedzieć, czym trolling nie jest. Choć często bywa wrzucany do jednego worka z hejtem czy cyberbullyingiem, działa według trochę innej logiki.
Hejt uderza wprost: obraża, poniża, wynika z niechęci, uprzedzeń albo potrzeby zaatakowania drugiej osoby.
Cyberbullying oznacza nękanie online, zwykle wymierzone w konkretnego człowieka i często powtarzane przez dłuższy czas.
Troll działa inaczej. Jego celem jest manipulacja i prowokacja: wrzucenie do rozmowy kontrowersyjnej, absurdalnej albo fałszywej treści po to, by wywołać emocje, skłócić uczestników dyskusji albo przejąć nad nią kontrolę.
Nie zawsze atakuje jedną osobę. Częściej zarzuca wiele przynęt i czeka, kto zareaguje. Metafora wędkarska pojawia się tu nieprzypadkowo. Jedno z popularnych wyjaśnień nazwy tego zjawiska odwołuje się do angielskiego określenia „trolling for fish”, czyli metody łowienia ryb przez ciągnięcie przynęty za łodzią. Jeśli dodamy do tego trolla z mitologii nordyckiej, złośliwą istotę czającą się na ludzi, łatwo zrozumieć, dlaczego ta nazwa tak dobrze przykleiła się do internetowej kultury.
Pacynki i płomienie
Trolling rzadko działa w próżni. Potrzebuje przestrzeni, w której łatwo ukryć tożsamość, szybko zmieniać role i sprawiać wrażenie, że za jednym głosem stoi wielu użytkowników. Dlatego tak dobrze odnajduje się w mediach społecznościowych, gdzie komentarz można opublikować w kilka sekund, a fałszywe konto założyć w kilkadziesiąt. Kocha anonimowość.
– Walczymy o wolność słowa, ale nie idzie za nią odwaga cywilna. Ludzie wypowiadają się w sieci w określony sposób, wiedząc, że nie można ich zidentyfikować. Do tego dochodzi „sockpuppeting” (od angielskiego „sock puppet” – pacynka), czyli tworzenie wielu fałszywych kont. Korzystają z tego choćby niektórzy politycy, by wspierać własne argumenty w dyskusji i prowadzić walkę polityczną. Dopóki jest przyzwolenie na anonimowość, nawet nie rozpoczynamy walki z trollingiem. Niestety uznaliśmy, że jest to wpisane w kulturę tej komunikacji. To błąd. Ja jestem za pełną transparentnością: masz coś do powiedzenia, powiedz to pod własnym nazwiskiem – podkreśla dr Marzęda.
To kluczowe, bo anonimowość i łatwość tworzenia fałszywych kont sprzyjają mnożeniu strategii, po które sięgają trolle. W klasyfikacji dr Marzędy widać wyraźnie dwa poziomy tego zjawiska.
Pierwszy tworzą duże grupy: trolling oparty na interakcjach społecznych, trolling związany z dezinformacją i manipulacją, trolling ideologiczny i kulturowy oraz trolling tematyczny.
Drugi poziom to ich bardziej szczegółowe odmiany, m.in. trolling destrukcyjny, prowokacyjny, humorystyczny, narcystyczny, polityczny, zdrowotny, edukacyjny czy technologiczny.
Najłatwiej zobaczyć to na przykładzie pierwszej grupy, czyli trollingu opartego na interakcjach społecznych. To właśnie tutaj mieszczą się działania, które bezpośrednio rozbijają rozmowę, prowokują użytkowników albo próbują zwrócić uwagę na samego trolla.
Jedną z jego destrukcyjnych odmian jest – dobrze nam wszystkim znane – spamowanie. Wyobraźmy sobie, że śledząc interesującą nas dyskusję, musimy przedzierać się przez gąszcz przypadkowych znaków, powtarzalnych, bezsensownych wypowiedzi albo obrazów zupełnie niezwiązanych z tematem. Irytujące? Owszem. Frustrujące? Też. Troll właśnie osiągnął swój cel: zakłócił przebieg rozmowy.
Inną odmianą jest trolling prowokacyjny, w tym „flaming”, którego nazwa pochodzi od angielskiego słowa „flame”, czyli płomień. Chodzi o to, by „podpalić” dyskusję i doprowadzić do eskalacji emocji. „Pandemia jest wymysłem”, „Szczepionki są szkodliwe” – takie zdania mogą pojawiać się na forach dotyczących zdrowia i nie tylko. Wśród osób zajmujących się medycyną budzą szczególną irytację, a czasem gniew. I znów: troll dostaje dokładnie to, po co przyszedł. Problem w tym, że jeśli prowokacja dotyczy zdrowia, jej skutki nie kończą się na kłótni w komentarzach. Fałszywe przekonania mogą zacząć krążyć dalej i wpływać na decyzje osób, które szukają w sieci wiedzy albo pomocy. A błędne decyzje mogą oznaczać konsekwencje groźne dla ich zdrowia.
– Być może włożę tu kij w mrowisko, ale myślę, że trolling nie musi być wyłącznie negatywny, choć tak najczęściej go postrzegamy. O ile hejt zawsze jest szkodliwy, o tyle trolling może też przybierać formy neutralne, a nawet spełniać funkcję rozrywkową. Mam tu na myśli na przykład memy, których sama jestem fanką – zauważa jednocześnie dr Marzęda.
Innym rodzajem humorystycznej odmiany zjawiska jest udzielanie absurdalnych porad na forach (na przykład kulinarnych: „najlepszy sposób gotowania makaronu to rzucić go na dach i poczekać na deszcz”) czy inicjowanie rymowanych wyzwań. Jeśli dzięki temu troll zwróci na siebie uwagę, osiągnie swój cel.

Troll w erze AI
Wraz z rozwojem technologii zmienia się również trolling, zwłaszcza jego odmiany oparte na dezinformacji, które sztuczna inteligencja może znacząco wzmacniać.
To już nie tylko fałszywe alarmy o atakach bombowych; fake newsy, czyli zmyślone informacje o celebrytach, czy sfabrykowane zdjęcia i nagrania. Na naszych oczach przed trollami otwierają się zupełnie nowe możliwości działania. AI jest świetnym narzędziem do kreowania deepfake’ów, czyli obrazów i filmów, które mogą sprawiać wrażenie autentycznych.
– Teoretycznie mamy świadomość tego, jak działa sztuczna inteligencja, a jednak wciąż dajemy się nabrać. Rozwiązaniem mogą być tu systemowe narzędzia oznaczania wiarygodności treści np. w przeglądarkach. Są firmy, które pracują już nad oprogramowaniem pozwalającym określić stopień prawdziwości danego materiału. Pomocna byłaby tu na przykład skala kolorystyczna: od czerwonego – fałsz, przez żółty – wątpliwa prawdziwość, po zielony – czyli prawda. Ale czy wdrożą to giganci technologiczni, którzy zarabiają dzięki zasięgom generowanym przez kontrowersje? Wątpliwe. A bez tego nic się nie zmieni – prognozuje dr Marzęda.
Co robimy swojej głowie
– Istotne jest, żebyśmy widzieli, jak szeroki jest zakres trollingu. Tylko tak będziemy umieli go rozpoznać. To trudne, bo potrafi być on wyjątkowo subtelny i zniuansowany, a do tego ukrywać się pod postacią spontanicznych, naturalnych wypowiedzi. Moje badania są tylko punktem wyjścia do dalszej dyskusji – wyjaśnia badaczka.
Ta dyskusja nie dotyczy wyłącznie badaczy internetu. Z klasyfikacji trollingu powinny korzystać także osoby odpowiedzialne za edukację medialną, komunikację i PR, moderatorzy forów i platform społecznościowych, instytucje zajmujące się dezinformacją, komunikacją publiczną czy ochroną reputacji.
Bo jeśli nie umiemy rozpoznać, z jaką odmianą trollingu mamy do czynienia, trudniej na nią odpowiedzieć. Hejtu nie moderuje się tak samo jak absurdalnego żartu, spamu nie zwalcza się w taki sam sposób jak fałszywej porady zdrowotnej, a prowokacji politycznej nie da się sprowadzić do „niekulturalnego komentarza”.
Stawka jest większa niż porządek w komentarzach. Jak wskazuje dr Marzęda, trolling może prowadzić do stresu, lęku, obniżenia poczucia własnej wartości, wycofania z życia online, a w szerszej skali także do podziałów społecznych, utraty społecznego zaufania, rosnącej polaryzacji, pogorszenia jakości debaty publicznej i rozprzestrzeniania fałszywych informacji.
Dlatego typologia nie jest tylko akademickim katalogiem internetowych zachowań. Pomaga nazwać mechanizmy, które wpływają na nasze emocje, relacje i sposób uczestniczenia w świecie cyfrowym.
– To ważne badanie, bo odpowiada na pytanie: co pozwalamy robić swojej głowie – konkluduje autorka opracowania.
